Jak rozpoznać, czy naprawdę
komuś przebaczyliśmy, czy też nie? W tej kwestii może być trochę niejasności.
Podam krótki przykład z własnego życia. Kiedy opowiadam o swoim dzieciństwie, o
moim ojcu alkoholiku i o rozwodzie moich rodziców, zdarza się, że w kolejce
podchodzą do mnie sześćdziesięcio- czy siedemdziesięcioletni mężczyźni, ze
łzami w oczach mówiąc: „Nigdy nie potrafiłem przebaczyć mojemu ojcu”.
I to jest dla mnie trudne. Co właściwie powiedzieć takiej osobie? Trzeba to puścić. Trzeba przestać mieć to komuś za złe. Trzeba przebaczyć. Ale, Tim, w kulturze chrześcijańskiej jest wiele takich niewygaszonych uraz i krzywd, z którymi tak naprawdę nigdy się nie uporaliśmy. Jak więc rozpoznać, po pierwsze, że one wciąż w nas są, a po drugie, czy rzeczywiście przebaczyliśmy?
Timothy Keller: Nie sądzę, żeby dało się
tutaj wyznaczyć jakąś zupełnie ostrą granicę. Powiem więc w skrócie, jakiej
rady duszpasterskiej udzielam ludziom. Piszę o tym również w książce: przebaczenie
najpierw się daruje, a dopiero później zaczyna się je odczuwać.
Większość ludzi mówi: „Wciąż
jestem zły, więc najwyraźniej nie przebaczyłem”. Wtedy odpowiadam: „Dobrze,
spróbujmy na chwilę rozdzielić te dwie rzeczy”.
Niektórzy powiedzą: „Jestem
tak bardzo zły, że nie potrafię przebaczyć”. A ja odpowiadam: „Nie. Możesz
udzielić przebaczenia, zanim jeszcze zaczniesz je odczuwać”. To niezwykle
ważne.
Co więc znaczy „udzielić
przebaczenia”? Przebaczenie jest pewnego rodzaju zobowiązaniem. W swej istocie
brzmi ono tak: nie będę się na tej osobie mścił. Nie będę domagał się, żeby
zapłaciła za to, co zrobiła.
Właściwie na tym polega
każde przebaczenie. W książce podaję taki przykład: ktoś przewraca twoją lampę
wartą pięćdziesiąt dolarów i mówi: „Och, bardzo mi przykro”. Możesz
odpowiedzieć: „Dobrze, w takim razie proszę o pięćdziesiąt dolarów”, albo
możesz powiedzieć: „Daj spokój”, czyli darować mu tę stratę. Ale wtedy to ty
musisz pójść i kupić nową lampę. Te pięćdziesiąt dolarów przecież nie znika.
Albo pozostaniesz bez lampy. Chodzi o to, że ktoś zawsze ponosi koszt.
Przebaczenie zawsze oznacza
decyzję: „Nie będę zmuszał tej drugiej osoby, żeby za to zapłaciła. Sam przyjmę
ten koszt na siebie”.
Ale żeby naprawdę żyć
przebaczeniem dzień po dniu, trzeba zobowiązać się do trzech rzeczy.
Po pierwsze, nie wracać
wciąż do tej sprawy w rozmowach z osobą, która nas skrzywdziła.
Po drugie, nie opowiadać
ciągle o niej innym ludziom po to, żeby ją oczernić, zaszkodzić jej reputacji i
w ten sposób się odegrać.
Po trzecie, nie wracać do
tej sprawy bez końca we własnych myślach.
To oznacza, że jeśli
zauważam, iż zbyt wiele o tym myślę, mówię sobie: „Nie, nie będę tego robił”.
To jest zobowiązanie, które podejmuję wobec samego siebie. Jeśli pojawia się
okazja, żeby oczernić tę osobę przed kimś innym — nie zrobię tego. A jeśli mam
okazję wykorzystać przeciwko niej to, co kiedyś zrobiła — również tego nie
zrobię.
Szczególnie często zdarza
się to chyba w małżeństwie. Właśnie o tym pomyślałem. Jeśli współmałżonek mówi:
„Kochanie, proszę, przebacz mi to”, a ty odpowiadasz: „Przebaczam”, to sześć
miesięcy później nie możesz znowu wyciągać tej sprawy. Nie wolno ci do niej
wracać po pół roku.
I rzecz najważniejsza: jeśli
rzeczywiście będziesz konsekwentnie dotrzymywał tych zobowiązań, z czasem
zauważysz, że gniew zaczyna słabnąć. Jeśli natomiast nie podejmiesz tych trzech
zobowiązań, gniew, jak sądzę, może pozostać w tobie bardzo, bardzo długo.
A więc przebaczenie najpierw
się daruje, a dopiero później zaczyna się je odczuwać. Darowanie przebaczenia
oznacza przede wszystkim: „Nie będę się mścił”. Natomiast w codziennym życiu
oznacza to po prostu konsekwentne odmawianie sobie podążania tymi trzema
drogami.
Nie sądzę, żeby przebaczenie samo w sobie było czymś nieosiągalnym. Staje się ono tym trudniejsze, im mniej realny jest dla ciebie Bóg, i tym łatwiejsze, im bardziej Bóg jest dla ciebie rzeczywisty.