Gdzie uczymy się ufać Bogu?
Często zakładamy, że
będziemy ufać Bogu, jeśli wybawi nas w jakiś niezwykły sposób — jak wtedy, gdy
rozdzielił Morze Czerwone. Jeśli Bóg uleczy nas z nieuleczalnej choroby,
naprawi trudną relację albo w cudowny sposób zaspokoi nasze potrzeby, jesteśmy
przekonani, że takie wydarzenie raz na zawsze umocni naszą wiarę. Będziemy
wiedzieć, że oddajemy cześć Bogu, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych —
Bogu, który wskrzesza umarłych i panuje nad całym wszechświatem.
Pismo Święte przedstawia
jednak inną historię.
Izraelici, wychodząc z Egiptu, byli świadkami jednych z największych cudów opisanych w Biblii, a jednak cuda te nie wzbudziły w nich trwałego zaufania. Ich wiara kształtowała się dopiero na pustyni, w zwyczajnym, codziennym doświadczeniu zależności od Boga. To właśnie tam odkrywali, że Bóg jest wierny wszystkim swoim obietnicom.
Cuda nie wzbudziły zaufania
Pokolenie, które wyszło z
Egiptu, widziało zapierające dech w piersiach przejawy Bożej mocy. Patrzyło,
jak Bóg ich oszczędzał, podczas gdy na Egipcjan spadała plaga za plagą.
Opuścili kraj, w którym byli niewolnikami, zabierając ze sobą ogromne bogactwa.
Uwięzieni między armią faraona a Morzem Czerwonym, zobaczyli, jak Bóg rozdziela
wody, aby mogli przejść po suchym dnie, podczas gdy najpotężniejsza armia
ówczesnego świata została pochłonięta przez morze.
Gdyby samo oglądanie cudów
wystarczało do zbudowania niezachwianej wiary, to właśnie to pokolenie powinno
było ufać Bogu bez najmniejszego wahania. Tymczasem na każdym kroku narzekali.
Pytali, czy Bóg naprawdę ich kocha. Zastanawiali się, w jaki sposób zatroszczy
się o ich potrzeby. Widzieli już, jak torował im drogę tam, gdzie sytuacja
wydawała się beznadziejna, a mimo to każda kolejna przeszkoda stawała się dla
nich kolejnym powodem, by w Niego wątpić. Chcieli najpierw zobaczyć, jak Bóg
działa, a dopiero potem uwierzyć, że można Mu zaufać.
Nawet na pustyni Bóg wiernie
się o nich troszczył. Karmił ich manną z nieba. Wyprowadził dla nich wodę ze
skały. Za dnia prowadził ich w słupie obłoku, a nocą w słupie ognia, tak że
zawsze wiedzieli, iż jest z nimi. Z czasem jednak te przejawy Jego miłosierdzia
stały się dla nich czymś zwyczajnym. Zamiast widzieć w nich dowody Bożej
wierności, ludzie skupiali się na tym, czego wciąż im brakowało.
Kiedy dotarli do granic
Ziemi Obiecanej, Bóg nakazał im wziąć w posiadanie ziemię, którą im obiecał,
dlatego wysłali przed sobą zwiadowców. Ci wrócili, opowiadając o Anakitach —
olbrzymach — oraz o potężnie obwarowanych miastach. I po raz kolejny lud
zwątpił w Boga. Oskarżyli Go nawet o to, że wyprowadził ich z Egiptu dlatego,
że ich nienawidził i chciał ich zgładzić. Zamiast zaufać Bogu, który już
wcześniej dokonał rzeczy niemożliwych, odmówili wejścia do tej ziemi.
Później Mojżesz przypomniał
następnemu pokoleniu słowa ich rodziców:
„Nie chcieliście jednak
pójść i zbuntowaliście się przeciwko nakazowi PANA, waszego Boga. Szemraliście
w swoich namiotach i mówiliście: «PAN nas nienawidzi. Dlatego wyprowadził nas z
ziemi Egiptu, aby wydać nas w ręce Amorytów i zgładzić»” (Księga Powtórzonego
Prawa 1:26–27).
To oskarżenie odsłania
istotę ich niewiary. Trudności interpretowali jako dowód na to, że Bóg ich
nienawidzi. Każde opóźnienie, każda niezaspokojona potrzeba i każda przeciwność
stawały się dla nich powodem, by podawać w wątpliwość Jego zamiary wobec nich.
Bóg, którego nie rozumieli
Mojżesz przypomniał im
jednak:
„PAN, wasz Bóg, który idzie przed wami, sam będzie walczył za was, tak jak uczynił to dla was w Egipcie na waszych oczach. Widzieliście też na pustyni, jak PAN, wasz Bóg, niósł was niczym ojciec niosący swojego syna — przez całą drogę, którą przeszliście, aż dotarliście na to miejsce” (Księga Powtórzonego Prawa 1:30–31).
Oni mówili, że Bóg ich
nienawidzi. Mojżesz mówił, że Bóg ich niósł. Jak ojciec, który niesie własnego
syna.
Pokolenie, które wyszło z
Egiptu, nie wątpiło w Bożą moc. Wątpiło w Jego serce. Każda trudność utwierdzała
ich w przekonaniu, że Bogu już na nich nie zależy, mimo że dzień po dniu nie
przestawał zaspokajać ich potrzeb.
Byli spragnieni, ale nie
zostali opuszczeni. Nie wiedzieli, skąd weźmie się ich następny posiłek, ale
Bóg wiernie ich karmił. Nie wiedzieli, dokąd zmierzają, lecz Bóg ani na chwilę
nie przestał ich prowadzić. Daleki od tego, by ich porzucić, niósł ich przez
pustynię.
Pokolenie, które nauczyło
się ufać
Drugie pokolenie nauczyło
się to dostrzegać. Wielu z nich nigdy nie widziało plag egipskich ani nie
przeszło przez Morze Czerwone. Znali za to czterdzieści lat codziennej Bożej
wierności. Każdego ranka pojawiała się manna. Każdego dnia obłok przypominał
im, że Bóg jest z nimi. Ilekroć potrzebowali wody, Bóg im ją dawał. Ich ubrania
się nie zużywały. Ich obuwie się nie niszczyło. Nie brakowało im niczego, czego
naprawdę potrzebowali.
Pustynia nauczyła ich
czegoś, czego ich rodzice nigdy się nie nauczyli: Bogu można ufać.
Kiedy Jozue ponownie
poprowadził ich ku Ziemi Obiecanej, przeszkody się nie zmieniły. Nadal między
nimi a Bożą obietnicą płynęła rzeka. Nadal stały tam obwarowane miasta. Anakici
wciąż tam byli. Zmienili się natomiast ludzie.
Zanim wody Jordanu się
rozstąpiły, kapłani musieli wejść do rzeki. Posłuchali Boga, zanim zobaczyli
cud. Pod Jerychem obchodzili miasto dokładnie tak, jak Bóg im nakazał, a mury
runęły przed nimi. A olbrzymi, którzy tak bardzo przerażali ich rodziców? Pismo
Święte po prostu stwierdza, że Izrael podbił ich wraz z resztą kraju. Bez
szczególnego rozgłosu. Bez paniki i przerażenia. Wszystko, co kiedyś wydawało
się tak groźne, zostało pokonane przez samego Boga, a zadaniem Izraelitów było
zaufać Mu i być Mu posłusznymi.
Na długo przed
przekroczeniem Jordanu to pokolenie nauczyło się już najważniejszej lekcji.
Wiedzieli, że Bóg dotrzyma swojego słowa, ponieważ każdego dnia doświadczali
Jego wierności.
Gdzie kształtuje się nasza
wiara
Często sądzimy, że nasza
wiara wzrośnie, jeśli Bóg odpowie na nasze modlitwy dokładnie tak, jak Go
prosimy. Wyobrażamy sobie, że gdy tylko otrzymamy wybawienie, za którym tak
bardzo tęsknimy, już nigdy więcej nie zwątpimy w Jego dobroć. Jeśli jednak
nasza ufność wobec Boga zależy od tego, czy zobaczymy taki rezultat, jakiego
oczekujemy, nasza relacja z Nim zaczyna przypominać układ oparty na wymianie.
Ufamy Bogu do chwili, gdy pojawi się kolejny poważny problem — a wtedy znów
zaczynamy wszystko podawać w wątpliwość.
To jeden z powodów, dla
których cierpienie dokonuje w naszym życiu tak głębokiego dzieła. Kiedy życie
jest łatwe, możemy polegać na własnych zdolnościach, własnych planach i własnym
rozumieniu. Cierpienie jednak odbiera nam te podpory. Uczy nas zależności od
Boga, ponieważ nie mamy już dokąd się zwrócić. Wołamy do Niego. Chwytamy się
Jego obietnic. Odkrywamy, że Jego obecność naprawdę wystarcza nam na dzisiaj.
Podobnie jak Izrael
zaczynamy rozumieć, że Bóg nas niesie. Być może nie mamy tego, co sami byśmy
wybrali. Może brakuje nam stabilizacji, niezależności, różnorodności, wygody
czy pewności jutra. Nigdy jednak nie zabraknie nam obecności Boga ani niczego,
czego rzeczywiście potrzebujemy, aby wypełnić Jego zamiary wobec nas.
Pierwsze pokolenie
utożsamiało trudności z opuszczeniem przez Boga. Drugie nauczyło się, że
właśnie pośród trudności odkrywa się Jego wierność. Pustynia przemieniła naród
byłych niewolników w lud, który ufał Bogu. Nie szli naprzód dlatego, że
dokładnie wiedzieli, jak Bóg zadziała. Szli, ponieważ znali Boga, który przez
czterdzieści lat ich niósł.
Często pragniemy, aby Bóg
jak najszybciej wyprowadził nas z pustyni. Tymczasem to właśnie na pustyni uczy
nas Mu ufać. Tam odkrywamy, że Jego obecność wystarcza, Jego zaopatrzenie jest
dostateczne, a Jego obietnice są prawdziwe. Uczymy się być posłuszni, zanim
zobaczymy rezultat, ponieważ poznaliśmy Tego, który nas prowadzi.
Trwała wiara nie rodzi się
wyłącznie wtedy, gdy rozstępuje się morze albo upadają mury. Kształtuje się na
pustyni, gdzie dzień po dniu Pan niesie nas tak, jak ojciec niesie swojego syna.
Vaneetha Risner