A co, jeśli wydarzy się
najgorsze? A co, jeśli się nie wydarzy!
Wszystko może się rozpaść.
Twoje życie może się rozpaść — przynajmniej potencjalnie. Może wydarzyć się
najgorsza z możliwych rzeczy. To możliwe. Technicznie rzecz biorąc — możliwe. I
właśnie o tym nie potrafisz przestać myśleć. Ta myśl nieustannie tłucze ci się
po głowie. Myśli pędzą. Próbujesz przeanalizować każdą możliwość, każdy możliwy
rozwój wydarzeń, każdy zły scenariusz, żeby rozpoznać zagrożenie
i móc ochronić siebie oraz tych, których kochasz. Przygotowujesz się na
najgorsze, mimo że nic nie wskazuje na to, by najgorsze rzeczywiście miało się
wydarzyć, ponieważ gdyby jednak do tego doszło, byłoby to nie do
zniesienia. Krótko mówiąc — katastrofizujesz.
A gdy to wszystko dzieje się w twojej głowie, serce zaczyna bić szybciej, dłonie się pocą, a ciało przygotowuje się do działania. Być może rzeczywiście zaczynasz działać i próbujesz zapobiec wyobrażonej katastrofie. Dzwonisz do kogoś i przepraszasz. Próbujesz coś „naprawić”. Robisz badanie, żeby upewnić się, że nie jesteś chory. Doprecyzowujesz coś, co wcześniej powiedziałeś. Piszesz do kogoś, pytając go o zdanie. Być może przynosi ci to ulgę, a być może nie. Być może pozostaje ci po prostu siedzieć, czekać i zobaczyć, co Bóg dla ciebie przygotował.
Każdemu z nas od czasu do
czasu zdarza się katastrofizować. Docierają do nas złe wiadomości i natychmiast
wybiegamy myślami ku najgorszemu możliwemu scenariuszowi, żeby się na niego
przygotować. Jest to pewien mechanizm przetrwania i stojąca za nim intencja nie
jest sama w sobie całkowicie zła. Kiedy jednak paraliżuje nas i nie pozwala
ruszyć dalej, kiedy wpędza nas w rozpacz, skłania do nieracjonalnych działań i
każe zakładać najgorsze, w rzeczywistości odbiera nam zdolność do pokładania
nadziei w Bogu i ufania Jemu oraz Jego obietnicom. Zamiast przybliżać nas do
Boga i pomagać odzyskać zdrowe spojrzenie na sytuację, katastrofizowanie często
prowadzi do paniki i prób samodzielnego uporania się ze swoimi lękami, o
własnych siłach.
Najłatwiej byłoby mi teraz
siedzieć tutaj i powiedzieć ci po prostu: „Musisz bardziej ufać Bogu”, kiedy
usłyszysz jakieś niepokojące wieści i zaczniesz katastrofizować. Ale same słowa
spływają wtedy po człowieku niczym rady przyjaciół Hioba. Dlatego powiem, co
mam na myśli w praktyce.
Kiedy pojawia się jakaś
natrętna myśl, nagle wzrasta niepokój i zaczynasz katastrofizować, zamiast z
tym walczyć i zamiast rozważać wszystkie możliwe scenariusze, zaakceptuj,
że z czysto technicznego punktu widzenia najgorsze rzeczywiście może
się wydarzyć, a następnie skieruj uwagę z powrotem na to, co jest tu i
teraz, modląc się i dziękując Bogu za to, że On jest suwerennym
Panem tej sytuacji.
Oczywiście wymaga to
praktyki. Nie chodzi jednak o to, by zaprzeczać, że najgorszy scenariusz
jest możliwy. W większości przypadków najgorsze rzeczywiście jest
możliwe. Tyle że jest mało prawdopodobne. To wytwór twojej niezwykle sprawnej
wyobraźni, która w stanie lęku wypatruje zagrożeń, żeby zapewnić ci
bezpieczeństwo. Dzięki, wyobraźnio!
Jest to również ćwiczenie
się w pokładaniu nadziei w Bogu i ufaniu Mu. Czym innym jest powiedzieć:
„Ufaj Bogu bardziej”. Ale właśnie tak wygląda większe zaufanie Bogu w
praktyce. Ufasz Mu i odwracasz się od katastrofizowania, uznając swój lęk,
powierzając go Bogu i kierując uwagę ku chwili obecnej. W 1 Liście Piotra 5:7
czytamy, abyśmy zrzucili na Chrystusa wszystkie nasze troski, ponieważ On troszczy
się o nas. Właśnie w taki sposób uczymy się to robić.
Rzeczywistość jest taka, że
w tym życiu spotkają nas straszne rzeczy. Niektórzy z nas stracą pracę,
inni zachorują na raka, ktoś straci dziecko, a ktoś inny doświadczy
niewierności współmałżonka. Rzeczy naprawdę się rozpadają. Ale to, co stanowi
centrum, pozostaje niewzruszone. Bóg jest suwerenny, kocha cię i w jakiś
sposób, pośród tego wszystkiego, działa dla twojego dobra. Nie musimy bać się
ucisku. Chrystus powiedział: „Na świecie będziecie mieć ucisk; ale ufajcie, ja
zwyciężyłem świat” (J 16:33).
I rzeczywiście zwyciężył.
Całe to cierpienie przemija. Pewnego dnia twoje łzy zostaną otarte. Tymczasem w
tym życiu, właśnie tu i teraz, jest wiele radości i piękna — jeśli tylko
mamy oczy, by je dostrzec. Jeśli jednak zbyt mocno pochłoną nas przyszłe
możliwości cierpienia, wszystko to przeoczymy. Bóg obdarował nas cudami
stworzenia, ludźmi i dziełami ludzkich rąk, którymi możemy się cieszyć. Jeśli
cały dzień będziesz się zastanawiał, czy jutro stracisz pracę z powodu rozmowy,
którą odbyłeś z szefem, ominie cię radość ze wspólnej zabawy z córką, rozmowy z
przyjacielem, dobrego filmu, dobrej książki czy zwykłego spaceru.
Okradamy samych siebie z
chwili obecnej, kiedy zamieniamy ją na przygotowywanie się do walki z
przyszłością, która najprawdopodobniej nigdy nie nadejdzie. A tej chwili już
nigdy nie odzyskamy. Tymczasem wystarczy zaufać, że Bóg nas kocha, działa dla
naszego dobra i pragnie, abyśmy cieszyli się Jego darem, jakim jest ta właśnie
chwila.
O. Alan Noble