Rozmowa o życiu
chrześcijańskim: uczucia dla Chrystusa, święte nawyki i duchowy chłód
Kevin DeYoung: Trzeba
oceniać życie chrześcijańskie sprawiedliwie – nikt z nas raczej nie powie, że
radzimy sobie lepiej niż nasi ojcowie i matki w wierze. Z drugiej strony nie
chcemy być dla siebie zbyt surowi i sądzić, że wieki temu wszystko przychodziło
łatwiej, a ludzie byli wtedy zawsze pobożniejsi. Myślę, że jest tu kilka rzeczy
do rozważenia – ciekawe, co ty o tym sądzisz, Joel.
Joel Beeke: Żyjemy w czasach niebywałego bogactwa zasobów: książek, opracowań, nagrań wideo, wydań Biblii. To wręcz niewyobrażalne, jak wiele mamy dziś ułatwień – nie mówiąc już o internecie, który wprawdzie produkuje mnóstwo złych rzeczy (do tego zaraz wrócę), ale też mnóstwo wspaniałych. Mamy dziś więcej znakomitych opracowań z teologii systematycznej, mamy większy dostęp – między innymi dzięki tobie i innym – do purytanów, do wielkich umysłów, które żyły przed nami. Sądzę, że wielu ludzi rzeczywiście czyta te książki, a kościół na tym korzysta. Kościół w Ameryce, w porównaniu z wieloma innymi miejscami na świecie, jest całkiem dobrze nauczany – a przynajmniej ma ku temu sposobność. Myślę też, że w naszym pokoleniu jest głód głębi. Widać, jak pewna „środkowa” postawa zanika: jeśli mam być chrześcijaninem w czasach, gdy to już niemodne, to chcę mieć to, co prawdziwe. Powiedzcie mi, w co mam wierzyć, dajcie mi to, co naprawdę wartościowe.
Kevin DeYoung: Jednym z
wyzwań, o którym akurat teraz myślę jako ojciec – nie jestem nawet w stanie
policzyć, ilu nastolatków mam obecnie w domu – jest to, że to nie tylko ich
problem, to problem nas wszystkich: jesteśmy bardzo rozproszeni. Nie mówię
nikomu niczego nowego, ale odłożenie telefonu, odłożenie ekranu – te urządzenia
dały nam do ręki więcej informacji niż kiedykolwiek. I nie chodzi nawet o to,
że wszyscy wiemy, iż w sieci jest coś złego, więc po prostu tam nie zaglądamy.
Chodzi raczej o nawyki, które się w nas kształtują, o rytmy życia, o to, jak
formuje się nasz umysł i duchowość. Samuel James w swojej książce nazywa to
„cyfrowymi liturgiami” – to jest coś w rodzaju stylu życia. I sądzę, że właśnie
to, zwłaszcza w młodszych pokoleniach, kształtuje ludzi w sposób, którego oni
sami nawet nie dostrzegają. Mogą myśleć: „Dopóki nie wchodzę na złe strony,
wszystko jest w porządku” – a tymczasem ich serce jest formowane na wszelkie
możliwe sposoby, które mogą działać wbrew ewangelii.
Joel Beeke: Zgadzam się z
tym w stu procentach. Sam często ujmuję to tak: żyjemy jednocześnie w
najlepszych i w najgorszych czasach. W najlepszych – bo mamy nie tylko więcej
materiałów, ale też możliwość dotarcia z nimi na cały świat. Można polecieć do
Nowej Zelandii i głosić po drugiej stronie globu w ciągu dwudziestu czterech
godzin, podczas gdy nasi ojcowie ryzykowali życie, żeby w ogóle przepłynąć
ocean. To ogromna zmiana. Żyjemy więc w czasie wielkiej sposobności i sądzę, że
ten głód, o którym mówiliśmy, jest dziś ogromny – nie tylko w Ameryce, ale na
całym świecie. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje obecnie w Ameryce
Łacińskiej, gdzie tysiące ludzi odchodzą z zielonoświątkowstwa i z Kościoła
rzymskokatolickiego do wiary reformowanej, znajdując tam po raz pierwszy pokój
sumienia i pewność zbawienia w Chrystusie. To po prostu piękne.
Kevin DeYoung: Tak, tak, to
naprawdę wspaniałe. Zarazem jednak sądzę, że dziś, nawet w kościele
chrześcijańskim, istnieje skłonność do wchłaniania zbyt wiele światowości – i
to w sytuacji, gdy powinniśmy wiedzieć lepiej. Nie sądzę też, byśmy dotarli
do głębi tego, co mieli purytanie w swojej koncepcji wyrabiania świętych
nawyków: prawdziwej, żarliwej nienawiści do grzechu i trzymania się od niego z
daleka, jak tylko to możliwe. Myślę, że potrzebą naszych czasów jest większa
nienawiść do grzechu – ale też większa miłość do Chrystusa. Zachwyt Nim. Bo
jedno to powiedzieć: „moje życie jest w Chrystusie, On jest moją jedyną
nadzieją”, a zupełnie co innego – mieć to głębokie, wewnętrzne przekonanie, że
jest cały godny miłości, i żyć tym na co dzień.
Dwa dni temu byłem na YMCA –
nie chodzę tam tak często, jak powinienem – i mężczyzna obok mnie upuścił
okulary. Pomyślałem, że się rozbiły, i powiedziałem: „Ojej, bardzo mi przykro”.
A on na to: „Ależ nie, proszę się o mnie nie martwić, nie mam powodu do
narzekania”. Zapytałem: „To musi pan być chrześcijaninem?”. A on: „No pewnie,
że jestem chrześcijaninem, nie ma innego sposobu życia”. Rozgadaliśmy się, a
ten człowiek po prostu płonął dla Pana, wszystko krążyło wokół Chrystusa – i
była to tak radosna rozmowa, że po pięciu minutach czułem się z nim związany.
Sądzę, że taka więź, taka wspólnota, była w czasach purytanów jeszcze
powszechniejsza, bo naprawdę rozwijali oni braterstwo duchowe. Powinniśmy robić
więcej w tym kierunku.
Joel Beeke: Ale to
nadchodzi. Sądzę, że idziemy w stronę, w której chrześcijanie naprawdę będą się
na sobie wspierać i sobie zwierzać. To są obszary, nad którymi możemy jeszcze
popracować. Tak.
Pielęgnowanie miłości do
Chrystusa
Kevin DeYoung: Kiedy Duch
Święty naprawdę działa w naszych sercach, zwykle zaczyna od tego, że wyzuwa nas
z wszelkiej własnej sprawiedliwości. A gdy ten proces wyzuwania trwa, jeśli
jesteśmy w kościele albo mamy pobożnych przyjaciół, zaczynamy słyszeć o
Chrystusie i coraz bardziej nas On pociąga – aż w końcu prowadzi nas do
miejsca, w którym nie sposób nam być zbawionymi bez Niego. On staje się
absolutnie niezbędnym Zbawicielem – i, jeśli mogę użyć tego słowa, zaczynamy
się w Nim, w prawdziwym sensie tego słowa, zakochiwać i odkrywać, że jest
zachwycający pod każdym względem. Rozwijanie tego pragnienia – a jest ono
pragnieniem każdego prawdziwie żywego dziecka Bożego – dokonuje się zwykle
przez praktyki duchowe.
Zatraciliśmy dziś niektóre z
nich – choćby sztukę medytacji. Kaznodzieje oczywiście byli zmuszeni medytować
co tydzień. Zatraciliśmy też, w naszej chrześcijańskiej kulturze, w większości
przypadków, sztukę kultu rodzinnego. Z drugiej strony w tych praktykach
duchowych, które nadal pielęgnujemy, radzimy sobie lepiej – jeśli ktoś naprawdę
pragnie pobożności, to czerpie z wysłuchanych kazań, z przeczytanych książek i
z grup wspólnotowych. Sądzę, że purytańskie podejście mówi: jeśli naprawdę
chcesz wzrastać w miłości do Chrystusa, trwaj w Jego Słowie, ale przynieś do
tego Słowa też wszystkie inne praktyki duchowe. Kiedy więc czytam – a czytam
książki purytanów bez przerwy, no, nie dosłownie bez przerwy, ale zawsze mam
jakąś w toku, bo tak karmią moją duszę – to podczas lektury sprawdzam cytowane
fragmenty w Biblii, bo chcę, żeby wszystko odnosiło się do Pisma. Sądzę, że to
jest droga do prawdziwej miłości do Chrystusa, bo On jest żywym Słowem pisanego
Słowa. A im bardziej karmimy się Słowem pisanym, tym bardziej pokochamy
Słowo żywe. Dlatego chcę, żeby moje życie było pochłonięte Chrystusem – chcę
być jak Samuel Rutherford, który mówił: „Dwie rzeczy kocham najbardziej w
życiu: miłować Chrystusa i głosić Chrystusa”.
Joel Beeke: To piękne. Był
pewien starszy człowiek – nie wiem, czy go znałeś – William Young, który
współpracował z Johnem Murrayem przy Kościołach Prezbiteriańsko-Reformowanych.
Zmarł kilka lat temu, miał wtedy około dziewięćdziesięciu sześciu lat. W końcu
kupiłem jego bibliotekę – wspaniałą bibliotekę. Zadałem mu kiedyś pytanie –
miałem może sześćdziesiąt lat – powiedziałem: „Co z sześćdziesięciu,
siedemdziesięciu lat służby mógłby pan przekazać młodemu duchownemu, takiemu
jak ja?”. A on uśmiechnął się, spojrzał na mnie i powiedział: tylko dwie rady.
Kochaj Jezusa i głoś Go.
Kevin DeYoung: To piękne.
Właśnie to. Mówimy czasem o „uczuciach” – to dobre słowo i warto je nieco
zdefiniować, tak jak robi to Jonathan Edwards w swojej słynnej książce
Religious Affections (pol. Uczucia religijne). To coś innego niż to, co dziś
nazywamy „emocjami religijnymi”. Niektórzy etymolodzy twierdzą, że samo słowo
„emocja” pojawiło się dopiero pod koniec XVIII albo w XIX wieku. Dziś słyszymy
słowo „uczucie” i myślimy, że to to samo co „emocja”, ale przez długi czas,
zarówno filozoficznie, jak i teologicznie, sympatia, sentymenty, uczucia i
namiętności były pojęciami różnymi, nietożsamymi. Dlatego Konfesja
Westminsterska mówi znamiennie, że Bóg jest „bez ciała, części czy namiętności”
(rozdz. II.1). A my myślimy o namiętności jako o czymś dobrym – jestem gorliwy,
jestem namiętny. Ale oni rozumieli namiętność jako coś, co czyni cię biernym,
co na ciebie „spada”. Cierpienie czyni cię biernym. Dlatego Bóg nie ma
namiętności – nie dlatego, że jest bezwładny czy nieruchomy, bynajmniej, ale
dlatego, że nigdy nie jest bierny. Nigdy nic mu się po prostu nie przydarza.
Nie można uderzyć Go w splot słoneczny i sprawić, że to poczuje. Dlatego ważne
jest, byśmy mówili o „uczuciach”, bo niektórzy ludzie mówią: „Chcę mieć uczucia
dla Chrystusa”, a tak naprawdę myślą o namiętnościach – o czymś, co po prostu
na nich spływa, przychodzi samo. Dlaczego więc ja tego nie mam? Otóż uczucie,
choć trudno je zdefiniować, jest poruszeniem woli. To skłonność. Nie jest
oderwane od woli. A my myślimy o uczuciu jako o czymś, wobec czego jesteśmy
niejako bezsilni i czego czasem po prostu nam brak.
Uczucia są czymś, co
pielęgnujemy. Wybacz sportową analogię: gdyby wszyscy twoi przyjaciele
kibicowali w baseballu i powiedziałbyś: „Chcę być kibicem baseballu, chcę go
pokochać”, więc wybrałeś drużynę – powiedzmy White Sox, choć nie grają dobrze
od dawna – ale gdybyś tylko raz dziennie sprawdzał wynik na telefonie czy w
gazecie, nie znając reguł, nie znając zawodników, nie znając historii, nie
odróżniając rodzajów podań i strategii – wtedy ktoś mógłby ci opowiadać o
baseballu, a ty powiedziałbyś „ciekawe”, ale nie byłoby w tym żadnych uczuć.
Jedyny sposób, by mieć uczucia, to poświęcić czas, by je wyrobić. Trzeba czasu,
by się czegoś nauczyć, by to poznać. Podobnie jest z tymi, którzy mówią: „Nie
lubię muzyki klasycznej” – zapewne po prostu nie rozumiesz, jak ona działa, co
robi dana część utworu, jaki geniusz stoi za jej konstrukcją. Podobnie jest z
Chrystusem. Owszem, będą takie chwile, gdy coś nas po prostu poruszy i
poczujemy nagły przypływ emocji, ale uczucie jest czymś głębszym, bogatszym i
bardziej trwałym niż to.
Podam ci przykład – bo mamy
ten przywilej bycia pastorami, a ty tyle mówisz o purytanach. Głoszę teraz
przez List do Rzymian – czekałem z tym co najmniej dwadzieścia lat służby,
zanim się odważyłem, i posuwam się bardzo powoli. Kilka tygodni temu doszedłem
do rozdziału drugiego, wersetu czwartego: „Czy gardzisz bogactwem jego dobroci,
cierpliwości i nieskwapliwości, nie wiedząc, że dobroć Boga prowadzi cię do
pokuty?” (Rz 2:4). I przeczytałem siedemdziesiąt pięć stron z dzieła Stephena
Charnocka O istnieniu i przymiotach Boga – ostatni rozdział poświęcony jest
cierpliwości Boga. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie poświęciłem
siedemdziesięciu pięciu stronom tak wolnej, wnikliwej lektury: czytałem powoli,
robiłem sobie notatki, rozmyślałem – bo miałem przed sobą kogoś, kto sam
medytował nad cierpliwością Boga, i byłem tym głęboko poruszony, bo nie sądzę,
bym kiedykolwiek wcześniej spędził cały tydzień życia na rozmyślaniu o
cierpliwości Boga. Otóż te uczucia nie wzięły się z pobieżnego rzutu okiem.
Miejmy nadzieję, że jako kaznodzieje potrafimy potem to wylać i rozbudzić
uczucia innych ludzi. To wymagało kogoś mądrzejszego i pobożniejszego ode mnie,
Stephena Charnocka. Czy to czytając jego, czy prowadząc własne studium Pisma,
to właśnie ten wysiłek, by zwolnić, przeżuć i naprawdę medytować, nakarmił moją
duszę. I teraz codziennie coś mi się przypomina: czy to nie jest przykład Bożej
cierpliwości?
Joel Beeke: To piękne.
Naprawdę piękne, cała twoja odpowiedź, Kevinie. I jest tyle podobnych
przykładów, których można by użyć. Pomyślałem właśnie, gdy mówiłeś o sporcie, o
czymś w rodzaju relacji z żoną – może na początku małżeństwa było dużo emocji,
ale z czasem to się pogłębia, staje się głębszym uczuciem. Sądzę, że nasi
ojcowie w wierze byli w tym naprawdę dobrzy – jak Charnock – w podkreślaniu, że
trzeba wciąż korzystać z praktyk duchowych, wciąż pielęgnować te święte
uczucia, a one z czasem stają się coraz głębsze, w miarę jak widzimy wielką
wierność Boga. Może to Jego cierpliwość, może miłość, ale to wszystkie Jego
przymioty, ta Jego wspaniała wierność w prowadzeniu twojego życia w sposób
doskonały. I tak Bóg zajmuje coraz wyższe miejsce w naszych uczuciach.
Dlatego gdy prowadzę
poradnictwo przedmałżeńskie, zawsze mówię parom: mogę wam podać w jednym zdaniu
sześć sposobów na wspaniałe małżeństwo. Jeśli będziecie przestrzegać wszystkich
sześciu, macie niemal gwarancję udanego małżeństwa. Oto ono: ty, młody człowieku,
miej najwyższe uczucie dla Boga, drugie najwyższe dla żony, a siebie postaw na
trzecim miejscu. I podobnie na odwrót, ty wobec Boga, męża i siebie. Jeśli więc
Bóg jest numerem jeden w waszych uczuciach, wy nawzajem numerem dwa, a wy sami
numerem trzy – macie niemal gwarancję dobrego małżeństwa.
Kevin DeYoung: Tak, tak. To
samo dotyczy sfery duchowej. Jeśli nasze doświadczenia, emocje i uczucia kończą
się na eksperiencjalizmie – ja sam jestem wielkim zwolennikiem teologii
eksperiencjalnej, bo musimy doświadczać Boga – ale nie po to, by kończyć na
własnych doświadczeniach. J.I. Packer powiedział to bardzo trafnie, gdy
purytanie byli oskarżani o introspekcję. Powiedział – i nie żeby żaden
purytanin nie był tego winny, myślę, że kilku było w tym trochę zbyt gorliwych
– ale w większości, jak świetnie to ujął Packer, próbowali oni śledzić
działanie Ducha Świętego w sobie nie po to, by skończyć na własnym
doświadczeniu, lecz by oddać całą chwałę Bogu, dzięki czemu ich uczucie dla
tego, co On uczynił w ich życiu, stawało się coraz głębsze.
A im więcej – i to jest
chyba, w skrócie, ten najważniejszy owoc – im więcej mamy uczucia dla Boga, dla
Ojca, Syna i Ducha Świętego, tym bardziej możemy powiedzieć razem z Samuelem
Rutherfordem: „Nie wiem, którą z Boskich Osób kocham najbardziej, ale to wiem:
kocham każdą z nich i wszystkich trzech potrzebuję”. Tak więc moje uczucie do
trójjedynego Boga – bo potrzebuję wszystkich trzech Osób w moim zbawieniu – po
prostu rośnie, rośnie i rośnie z czasem. Są wzloty i upadki, ale kierunek, gdy
nie cofam się duchowo, jest wznoszący. A jednocześnie coraz bardziej „wypadam z
miłości” do samego siebie, bo dobra, którą chciałbym czynić, nie czynię, a
odnajduję siebie czyniącym to, czego bym nie chciał. Nędzny ja człowiek! Któż
mnie wybawi z tego ciała śmierci? (Rz 7:24). Ach, to Chrystus, prawda? To
wszystko Chrystus.
Joel Beeke: Wszystko to
Chrystus – i przez Chrystusa trójjedyny Bóg. I to właśnie porusza uczucia
bardziej niż cokolwiek innego. Byłem właśnie, dwa tygodnie temu, przy łożu
umierającej świętej z mojego zboru i zapytałem ją: „Peggy, czy jesteś gotowa
umrzeć?”. A ona odpowiedziała: „Tak, pastorze”. Zapytałem: „Peggy, na jakiej
podstawie?”. A ona: „Pastorze, to na podstawie Jezusa. Tego Jezusa, o którym
pan zawsze nam głosi. To On. To wszystko On”. A ja: „Tak, Peggy”. I natychmiast
wszystkie dzieci i ich małżonkowie – popłynęły łzy. To było takie piękne.
Co poruszyło wszystkie te
uczucia? Otóż stało za tym uczucie dla Boga. I poczuliśmy realność Bożego
działania w niej, gdy wyrażała swoje uczucie dla Boga. Głoszenie obiektywne
pobudza subiektywne uczucie, a subiektywne uczucie oddaje chwałę Bogu. I to zatacza
pełne koło.
Kevin DeYoung: Tak. I to
ilustruje właśnie tę prawdę, o której mówimy: cenność Chrystusa jest tym, czego
potrzebujemy w chwili śmierci.
Przepustowość emocjonalna i
duchowe realia
Kevin DeYoung: Jako pastorzy
musimy głosić tak, by pomóc naszym ludziom dobrze umierać. Także dobrze żyć,
ale potrzebujemy też pieśni, które pomogą im dobrze umrzeć. Potrzebują prawdy,
która pomoże im dobrze umrzeć. Znacie tę historię – zapomniałem, kto to
powiedział – o kobiecie, która umierała i powiedziała Johnowi Newtonowi,
parafrazuję, ale mniej więcej: „Głoś dalej Pismo, bo nigdy nie wiesz, ile
Chrystusa potrzeba, by dobrze umrzeć. Ja teraz potrzebowałam Go całego” –
miała, jak to wtedy nazywano, przewlekłą gruźlicę. Często myślimy: „Może nie
jestem człowiekiem zbyt emocjonalnym, ta cała mowa o uczuciach to nie ja” –
Joel Beeke: – i to prawda,
mamy różne osobowości. Ludzie mają różną „przepustowość emocjonalną”. Znamy
ludzi o bardzo wysokich wzlotach i bardzo niskich upadkach. A mnie zawsze się
przekomarzają, że przecież jestem Holendrem, więc mam sporą przepustowość
emocjonalną, ale trzymam się gdzieś pomiędzy siódemką a piątką.
Ale to, co mówię takim
ludziom, brzmi: dobrze, masz swoją osobowość, ale na pewno są rzeczy, przy
których doświadczasz wielkiej radości – oglądanie meczu futbolowego, trzymanie
wnuka na rękach, kibicowanie komuś, albo twoje hobby, mogą to być kwiaty, samochody,
urządzanie domu czy program kulinarny. Każdy coś ma. I mówisz do tej osoby: co
ci w tym pomogło? Dlaczego akurat to? Dlaczego polowanie? Jesteś człowiekiem,
który powiedział: „Cóż, ja nie mam uczuć dla Chrystusa” – a przecież, bracie,
widziałem, jak wstajesz o czwartej rano, choć nie musisz, i wywlekasz się
gdzieś w las, żeby spróbować coś ustrzelić, i uważasz, że przeżywasz najlepszy
czas swojego życia. Dlaczego? Bo się temu poświęciłeś, bo to studiowałeś, bo
uznałeś to za coś wartościowego – prawdopodobnie spędzasz czas na kompletowaniu
sprzętu, czytaniu o tym, a potem, gdy już po wszystkim, myślisz o tym i
rozmawiasz z przyjaciółmi. Dobrze mieć hobby i pasje. Ale to właśnie pokazuje,
że masz przepustowość emocjonalną, by odnajdywać uczucia i radość.
Kevin DeYoung: Tak. I
czasami próbuje się to powściągać – przynajmniej w tradycji holenderskiej.
Joel Beeke: A to naprawdę
nie jest dobre, bo jeśli twoje dzieci widzą, że bardziej ekscytujesz się
finałowym meczem niż podczas kultu rodzinnego, gdy mówisz o Jezusie Chrystusie,
to przekazuje im podprogową wiadomość, że Chrystus nie jest tak realny jak ten
mecz. To jest po prostu religijny nawyk, jaki mam. To właśnie te rzeczy
naprawdę kształtują świat.
Sądzę, że tak jak w
małżeństwie trzeba codziennie mówić żonie komplement – a ja mam wspaniałą żonę,
więc łatwo mi komplementować ją wiele razy dziennie – i to budzi wzajemne
uczucie, ale też po prostu buduje relację pełną wdzięczności. I dlatego, im
bardziej zwracam się do Boga w moim życiu, tym bardziej moje dziękczynienia,
moje pełne uczucia dziękczynienia, rozrastają się w moich modlitwach, bo jestem
po prostu przytłoczony tym, jak dobry jest dla mnie Bóg. Sądzę, że
rozwijanie tego przez patrzenie na dobroć Boga wobec ciebie, zestawioną z tym,
na co zasługujesz, budzi uczucie. Ale trzeba też wyrażać te uczucia, które
czujesz wobec Chrystusa, innym ludziom.
I mamy w tym wspaniałe
zadanie, bo kiedy idziemy i mówimy o Jezusie Chrystusie naszym ludziom w ich
domach, mówimy jednocześnie do samych siebie. A gdy próbujemy rozbudzić ich
uczucia, rozbudzamy nasze własne. A kiedy oni odpowiadają nam na poziomie uczucia
– mówię tu o duchowym uczuciu – czasem czujemy się bardziej „duszpasterzowani”,
niż sami „duszpasterzujemy”. I wychodzimy z takiej wizyty z odnowionym
poczuciem realności Chrystusa, a czasem wyniesionym nawet na wyższy poziom, bo
widzimy w naszych własnych ludziach po części owoce naszej własnej pracy – że
są poruszeni przez głoszenie.
Jak powiedziała mi kiedyś
przy drzwiach kościoła pewna kobieta – to było może z rok temu, ale nigdy tego
nie zapomnę. Uścisnęła mi dłoń – ty też to zrozumiesz, Kevinie – westchnęła,
jest już starsza, coraz bardziej słabnie, życie zbliża się ku końcowi. Powiedziała:
„Ojej, pastorze, właśnie zrozumiałam – głosi mi pan już od trzydziestu siedmiu,
ośmiu lat czy ile to już jest – ale tak naprawdę mówi mi pan co tydzień to
samo. Po prostu pokazuje mi pan różne oblicza Jezusa, ale to wszystko o
Jezusie”. Odpowiedziałem: „Cóż, dziękuję za te słowa zachęty, to naprawdę
budujący komentarz”. Rzeczywiście, co tydzień „głoszę Jezusa”. A ona westchnęła
i powiedziała: „Ale, mając takie serca, jakie mamy, musimy słyszeć o Nim co
tydzień, pastorze”. Ona to rozumie. O to właśnie chodzi.
Co tydzień. Może zapomnieć
dziewięćdziesiąt dziewięć procent tego, co powiedziałem, może nawet sto procent
tydzień później, ale to jest właśnie to nieustanne kapanie środków łaski,
praktyk duchowych, Słowa Bożego głoszonego co tydzień, Słowa Bożego czytanego
codziennie w rodzinie, kultu rodzinnego każdego dnia, świętych nawyków
wyrabianych przez praktyki duchowe – to właśnie Duch Święty wykorzystuje, żeby
podtrzymywać w nas te uczucia przy życiu.
I dlatego, gdy ktoś mówi mi:
„Jestem taki oziębły, cofam się duchowo”, moje pierwsze pytanie zawsze brzmi:
„Ile czasu spędzasz w Słowie?”. I często okazuje się, że taka osoba nie czyta
Biblii przez cały tydzień. Bo nie da się przyjść do kościoła w niedzielę, a od
poniedziałku do soboty żyć bez Boga, bez Jego Słowa, i oczekiwać, że będzie się
prosperować duchowo. Twoje uczucia nie wzrosną, jeśli zostawisz Pana samego.
Małżeństwo oparte na
Ewangelii
Kevin DeYoung: Łatwo mówić,
że nasze małżeństwa mają być skoncentrowane na ewangelii. To łatwy przymiotnik,
który można dodać do wszystkiego w życiu. Mają być skupione na ewangelii. Ale
co to właściwie znaczy w małżeństwie? Sądzę, że w praktyce chodzi o kilka
kluczowych zwrotów, które wypowiadamy często i naprawdę je mamy na myśli.
Jednym z nich jest:
„Przepraszam”. Brzmi to jak coś oczywistego, ale przecież rozmawiałeś z
małżeństwami, ja też to robiłem – i czyż nie jest tak, że problemy małżeńskie
wydają się wręcz najbardziej nierozwiązywalne? To one najczęściej sprawiają, że
myślę: „Boże, Ty jednak nadal możesz coś tu zdziałać” – bo kiedy małżeństwo
naprawdę się psuje, czasem trudno dostrzec z tego wyjście. A jedną z oznak, że
sprawy idą źle, jest to, kiedy ostatni raz naprawdę powiedzieliście sobie:
„Przepraszam”. Nie „przepraszam, jeśli...”, nie „przepraszam, ale ja tylko
zareagowałem tak, bo...” – tylko: „Przepraszam, że tak zareagowałem, że
zareagowałem gniewem” (niektóre pary reagują fajerwerkami, robią się bardzo
namiętne i wściekłe na siebie nawzajem, my z żoną jesteśmy raczej typem, który
się „zamraża”) – więc: „Przepraszam, że nie zareagowałem dobrze, więc
przepraszam” i „przebaczam ci”.
Pamiętam, jak Alistair Begg
powiedział to niemal krzycząc z ambony: „Powiem wam sekret udanego małżeństwa w
jednym słowie: przebaczaj. Przebaczaj”. Więc w istocie chodzi o pokutę i o
przebaczanie.
I tu właśnie wchodzi
ewangelia skoncentrowana na Chrystusie – mamy tę dobrą teologię o
usprawiedliwieniu przez instrumentalność samej wiary, samą łaskę, samego
Chrystusa, sprawiedliwość nam poczytaną, a nie taką, którą sami wypracowaliśmy
przez wypełnienie prawa. Ale trudno to przełożyć na praktykę w małżeństwie –
pomyśleć: jeśli Bóg nie usprawiedliwia mnie na podstawie moich uczynków, to
czemu miałbym nalegać, żeby moja żona była usprawiedliwiona w moich oczach
przez swoje uczynki? Albo mój mąż – bo tak właśnie myślimy. W porządku, łaska
jest dobra, dobrze, że Bóg może to zrobić dla naszego zbawienia, ale w
małżeństwie stajemy się najbardziej surowymi legalistami: jeśli ja się nie
zrewanżuję, to on będzie miał okazję i siłę, by robić to samo. Nie mówimy tu
oczywiście o sytuacjach fizycznego zagrożenia czy krzywdy, ani o tym, że nie
wolno mówić innym o wykroczeniach czy niesprawiedliwości. Nic z tych rzeczy –
korzystamy wtedy z uświęconego zdrowego rozsądku. Mówimy raczej o postawie,
która w małżeństwach chrześcijan – ludzi, którzy mogliby zdać egzamin z
teologii – tak często się objawia: nalegają, by druga strona była
usprawiedliwiona przez uczynki, a sami nie okazują łaski.
I jeszcze ostatnia rzecz, o
której często mówisz: jak wspaniała jest Mary. A moja żona Trisha... mam łatwe
małżeństwo, bo mam wspaniałą żonę – choć nie powinienem tego tak ujmować, bo
można mieć wspaniałą żonę i trudne małżeństwo, bo po prostu są jakieś bolesne
punkty, jakieś napięcia – więc nie chcę traktować tego jako miary mojej
duchowej dojrzałości. Po prostu zostałem pobłogosławiony wspaniałą żoną, która
jest dość łatwa w relacji, ale i tak mamy problemy jak wszyscy inni.
Jedną z rzeczy, które często
do mnie wracają – i sądzę, że z Bożej łaski było to prawdą w moim sercu – jest
przekonanie, że w tym układzie to ja mam więcej szczęścia niż ona. To nie
znaczy, że się nie złoszczę i czasem nie myślę, że to ona zawiniła, że nie
potraktowała mnie dobrze, ale zawsze czułem – i żartuję z nią z tego – że gdy
się zaręczyliśmy, jej rodzice powiedzieli: „Kevin, to ty naprawdę wygrałeś na
tej umowie”, moi rodzice powiedzieli to samo, wszyscy mówili, że to ja wygrałem
na tej umowie. Zawsze mówię, że nie wiem, jaka byłaby moja „popularność” w
kościele, ale wiem, że Trish ma sto procent. Zawsze sto procent.
Ale zawsze czułem, że bez
względu na to, w jak trudnym momencie jesteśmy, to ja jestem tym szczęściarzem.
Zostało mi dane więcej, niż zasługuję. Dostałem żonę lepszą, niż zasługuję. Ona
jest dla mnie Bożą dobrocią. I sądzę, że trzeba bardzo uważać – czy to
mężczyzna, czy kobieta – bo kiedy zaczynasz czuć: „ale mi się dostało w tym
układzie”, to koniec, po prostu koniec. Niektórzy będą mieli łatwiejsze
małżeństwa, inni trudniejsze, ale gdy tylko zaczniesz myśleć, że to ty dostałeś
gorszy los, a twój współmałżonek trafił z tobą jackpot, wpadasz w duchowe
nastawienie, które jest śmiertelnie niebezpieczne.
Joel Beeke: Zgadza się,
zgadza się, to jest dokładnie tak. I to świetnie podsumowuje to, co William
Gouge napisał w swojej słynnej książce Of Domesticall Duties (pol. O
obowiązkach domowych), która stała się najsłynniejszą z dwudziestu dziewięciu
książek, jakie purytanie napisali o małżeństwie. To klasyczne stwierdzenie,
gdy mówi, że problem większości małżeństw, które nie są ukształtowane przez
ewangelię, polega na tym, że zasiadasz w roli sędziego i oceniasz, jak druga
osoba cię traktuje. A on w gruncie rzeczy mówi: wiesz co? To nie twoja
sprawa. Twoją sprawą, Kevinie, i moją sprawą, jest kochać nasze żony tak,
jak Chrystus umiłował kościół, bez względu na to, jak nas traktują, a ich
sprawą jest okazywać nam szacunek i cześć, o której mówi List do Efezjan 5, bez
względu na to, jak my traktujemy je. Nie mówię tu oczywiście o poważnym
znęcaniu się – w takich sytuacjach trzeba szukać pomocy – ale mówię o tym
nastawieniu, o tej postawie umysłu. Więc całkowicie się z tobą zgadzam. Tak
jak ty czujesz się z Trishą, tak ja czuję, że zdecydowanie wygrałem na tej
umowie z Mary. Nie ma co do tego wątpliwości. Mamy w naszej łazience tabliczkę,
na której napisano, że naprawdę dobre małżeństwo to takie, w którym oboje
partnerzy uważają, że wygrali na tej umowie – i nie chodzi tu o egoistyczne
pobudki, tylko o wdzięczność. Uczysz się kochać, uczysz się cieszyć zaletami
współmałżonka. A gdy to robisz, wady i słabości, które są przecież obecne, po
prostu stają się bardzo małe.
To jak z lornetką –
przybliżasz coś siedmiokrotnie. I właśnie to chcę robić z moją żoną: chcę
przybliżyć siedmiokrotnie wszystkie jej zalety i widzieć je w powiększeniu. A
gdy przychodzi do jej wad, odwracam lornetkę i widzę je bardzo, bardzo daleko,
bo są naprawdę małe w porównaniu z tym wszystkim dobrym, co w niej jest.
Chciałbym dodać coś do tego,
co powiedziałeś tak elokwentnie o przebaczeniu i pokucie – to bardzo ważne –
ale można też dołożyć coś jeszcze do małżeństwa. Wracając znów do tej
purytańskiej idei świętych nawyków, które umacniają małżeństwo ukształtowane przez
ewangelię: w naszej holenderskiej kulturze, co pewnie jest już dość znane,
niemal każda rodzina ma dłuższy czas kultu rodzinnego raz dziennie, zwykle po
kolacji. Ale u nas jest to po każdym z trzech posiłków – na koniec posiłku
wyciągamy Biblię i szybko przechodzimy przez pytania z przewodnika do kultu
rodzinnego, może trzy minuty. Ale to małe, systematyczne kapanie przy
śniadaniu, obiedzie i kolacji, a potem ja otwieram modlitwą, Mary ją zamyka –
tego bym nie opuścił za nic na świecie. To nie jest tak, że codziennie napełnia
mnie to ekscytacją, ale to znów to samo systematyczne kapanie środków łaski,
dzięki któremu całe małżeństwo bardziej przyjmuje kształt ewangelii. Jeśli
naprawdę nie mamy czasu, mówimy razem na głos Psalm 23, nawet w trakcie jedzenia,
w te rzadkie chwile, gdy naprawdę nie mamy czasu otworzyć Biblii.
Kevin DeYoung: Ale nawet to,
że mówicie Psalm 23 codziennie z żoną, to naprawdę ma moc.
Joel Beeke: Tak jest. A poza
tym gorąco polecam w każdym małżeństwie – i robię to ze wszystkimi parami,
którym prowadzę ślub – każdej nocy przed snem, albo o innej porze dnia,
uklęknijcie przy łóżku, weźcie się za ręce i módlcie się na zmianę. Nie musi to
trwać dwadzieścia, trzydzieści minut. Może to być pięć minut, ale pięć minut
wylewania swojego serca według schematu ACTS: uwielbienie Boga (Adoration),
wyznanie grzechu (Confession), dziękczynienie (Thanksgiving), a potem prośby
(Supplication).
Uwielbiam słuchać, jak Mary
się modli. Kobieca strona modlitwy jest po prostu wspaniała. A potem ja modlę
się następnej nocy. Ona zawsze modli się w niedzielny wieczór, kiedy jestem
zmęczony po głoszeniu, i modli się, przechodząc niejako przez treść kazań.
Kevin DeYoung: Ojej, jak to
piękne.
Joel Beeke: Naprawdę,
uwielbiam to. Bezcenne. I czuję, że to pomaga naszemu małżeństwu – każde
małżeństwo ma swoje osobliwości – ale to pomaga naszemu małżeństwu trzymać się
kursu ukształtowanego przez ewangelię, te małe, święte nawyki. Moi rodzice też
robili podobne rzeczy. Jedną z nich, którą uważałem za naprawdę piękną, robił
mój ojciec: za każdym razem, gdy wybieraliśmy się w rodzinną podróż, kiedy
samochód był już załadowany, mówił: „Dzieci, wracamy jeszcze do domu”,
klękaliśmy wszyscy razem, a on czytał Psalm 91 albo Psalm 121, zanim
wyruszyliśmy, a potem się modlił. I czuliśmy realność tej ochrony
ukształtowanej przez ewangelię, której potrzebujemy w podróży – że potrzebujemy
Chrystusa wszędzie, dokądkolwiek jedziemy, także na wakacjach. Nie mówiło się
tego wprost, ale się to czuło. Sądzę więc, że wyrabianie takich świętych
nawyków czy dobrych tradycji, które codziennie przywracają nas do ewangelii,
jest równie ważne.
Kevin DeYoung: Widzisz, u
nas, zanim wsiądziemy do samochodu w rodzinną podróż, jest to naprawdę
stresujące. I pewnie bywałem niecierpliwy – nie jestem w tym tak dobry jak twój
ojciec czy ty. I pewnie zawsze jest tak: dlaczego zabieramy tyle rzeczy, a to
ja pakuję wszystko, przechodzimy przez cały dom, kto zamknął drzwi... (w tym
miejscu Joel Beeke wtrąca krótko: „A przecież my mamy tylko troje dzieci!")
No i wsiadamy do piętnastoosobowego vana – choć już nie korzystamy z niego tak
często, bo dzieci dorastają – ale wszyscy tam jesteśmy, wszyscy podekscytowani,
ale i spięci. I wtedy myślę: pierwsze, co powinniśmy zrobić, to poprosić Pana o
przebaczenie grzechów, które popełniliśmy podczas tego całego przygotowania.
Nie powiem, że klękamy i mówimy psalm, ale: „Panie, pomóż nam teraz w tej
podróży, daj nam bezpieczeństwo” – każda rodzina będzie miała swoje rytmy,
trzeba znaleźć te, które działają.
Ale to, co chcesz pokazać
żonie i rodzinie, to że – oprócz pedagogicznego nauczania – bycie
chrześcijaninem to nie jest coś, co dosłownie „wkładamy jak garnitur” tylko w
niedzielę, prawda? To jest to, kim jesteśmy. To, czego potrzebujemy.
Potrzebujemy Jezusa. Potrzebujemy Słowa. Potrzebujemy Jego ochrony. I dlatego
nawet coś tak prostego jak wyruszenie na rodzinną wycieczkę, gdy wszyscy z tyłu
mnie słyszą, i prośba do Pana o błogosławieństwo, o czas, o podziękowanie za
możliwość bycia razem –
Joel Beeke: Właśnie,
właśnie. Więc im więcej mamy takich spontanicznych rzeczy obok świętych
nawyków, tym lepiej to działa, bo kiedy masz już te nawyki, dużo łatwiej jest
rozmawiać z dziećmi o Panu przy stole, bo jesteś do tego przyzwyczajony z kultu
rodzinnego. To nie jest już nic wielkiego, po prostu naturalne. Albo jedziecie
na tę wycieczkę i pięć mil dalej widzicie wypadek. Nie możecie się zatrzymać i
pomóc – jest już karetka, nic tam po was. Po prostu odwracasz głowę i mówisz:
„Dobrze, dzieci, módlmy się, módlmy się za tę parę” – i jedziecie dalej, a
spoglądając w lusterko widzisz, że wszystkie dzieci modlą się razem z tobą. I w
ten sposób uczysz je, że gdy ludzie mają kłopoty, my, jako rodzina
ukształtowana przez ewangelię, modlimy się za nich. I wystarczy zrobić to raz
czy dwa razy, żeby stało się to nawykiem.
I wtedy dzieci mówią: „Tato,
czy nie powinniśmy się za nich pomodlić?”.
Kevin DeYoung: „Ależ tak,
oczywiście” – właśnie miałem to powiedzieć. Zawsze jest nadzieja. I możecie
zacząć
Wdrażanie kultu rodzinnego
Joel Beeke: już dziś,
zaczynając od jednominutowego kultu rodzinnego. Pomódlcie się piętnaście
sekund, przeczytajcie dwa wersety i powiedzcie dzieciom: zawiodłem w tym
obszarze, proszę mi wybaczyć i proszę o współpracę, zacznę bardzo powoli i będę
to stopniowo rozwijał. Przewodnik do kultu rodzinnego bardzo pomaga
początkującym ojcom, bo podaje dwa, trzy zdania na temat głównych myśli danego
rozdziału i pytanie na koniec – może ktoś z rodziny pomoże z jedną, dwiema
myślami. I nie obwiniajcie się, jeśli kult rodzinny nie pójdzie dobrze.
Z żoną często mówiliśmy tak,
gdy dzieci były jeszcze w domu, wieczorem, kładąc się spać: „Panie, proszę,
przebacz nam te słabe wysiłki, jakie dziś podjęliśmy w kulcie rodzinnym.
Przebacz nam. Pomóż nam jutro zrobić to lepiej, bardziej treściwie”.
A to jest tekst, który
najczęściej podaję ojcom, którzy boją się zacząć albo czują ogromną winę, bo
myślą, że jest już za późno. Po pierwsze, jeśli wszystkie wasze dzieci są już
po ślubie i myślicie, że jest za późno – pamiętajcie, że możecie zrobić to samo
z wnukami. I pamiętajcie ten tekst: „W ten sposób wynagrodzę wam lata zjedzone
przez szarańczę [...], moje wielkie wojsko, które wysyłałem na was” (Jl 2:25).
Zawsze jest nadzieja na powrót. Bóg jest Bogiem przebaczającym, Bogiem drugich
szans.
Ale nie używajcie tego, że
nie robiliście tego wcześniej, jako wymówki, by nie zrobić tego dziś wieczorem.
Zacznijcie dziś i możecie potem powiedzieć żonie: „Słuchałem tego podcastu,
słyszałem to kazanie i jestem przekonany, że to podstawowy obowiązek ojca –
prowadzić rodzinę do tronu łaski każdego dnia i robić to wytrwale”, tak jak
mówi Piąta Księga Mojżeszowa: „A te słowa, które ja dziś nakazuję tobie, będą w
twoim sercu; i będziesz je często przypominał swoim synom [...], kładąc się i
wstając” (Pwt 6:6–7) – to hebrajski idiom, który mówi: musisz robić to
codziennie. Tak jak musisz codziennie jeść pokarm fizyczny, musisz codziennie
karmić się pokarmem duchowym. Więc, ojcze, porozmawiaj z żoną, porozmawiaj z
dziećmi, poproś je o pomoc. Zacznij od małych kroków i stopniowo buduj. Pan ci
pomoże.
Nie nauczysz się prowadzić
kultu rodzinnego, nie robiąc go – to jak próba nauczenia się pływać bez
wchodzenia do wody. Trzeba być w wodzie. Więc proś Boga o pomoc, zacznij od
małych kroków i po prostu rób te cztery rzeczy: krótka modlitwa, przeczytanie kilku
wersetów, rozmowa z dziećmi – jedna, dwie myśli – i możecie skorzystać z
przewodnika do kultu rodzinnego, żeby wam pomógł. A potem zaśpiewajcie hymn
albo psalm – Psalm 118, werset 15, daje mandat do codziennego śpiewania w domu.
I po prostu patrzcie, jak Bóg to rozwinie i wykorzysta w waszej rodzinie.
Będziecie zachęceni na dłuższą metę. Chodzi tylko o to, żeby zacząć i uczynić z
tego nawyk.
Więc gdy robicie to
codziennie i nie opuszczacie żadnego dnia – co się dzieje, jeśli jednak
opuścicie jakiś dzień, albo pomyślicie: jestem tak zmęczony, po prostu nie dam
rady? Naprawdę nie dacie rady? Jezus Chrystus był naprawdę zmęczony, gdy niósł
dla was krzyż, a mimo to się nie zatrzymał. Więc możecie zrobić pięciominutowy
kult rodzinny dla waszej rodziny. Bóg wam pomoże.
Więc trwajcie w tym. Róbcie
to nawet wtedy, gdy nie macie na to ochoty. A kiedy tego nie zrobicie, wasze
dzieci same was zatrzymają i powiedzą: „Tato, przecież właśnie skończyliśmy
kolację, dokąd idziesz? Czy jesteś chory, tato? Co się z tobą dzieje?”. I
poczują się winne, że nie zbliżacie się do Boga. Będą was do tego mobilizować.
To jest właśnie piękno kultu rodzinnego – cała rodzina uczy się jednoczyć wokół
niego, kiedy już wyrobicie ten nawyk. Dzieci może wam nie powiedzą wprost:
„Tato, kocham kult rodzinny”, ale jeśli robicie to z czułością, sadzając jedno
dziecko na jednym kolanie, drugie na drugim, obejmując je ramionami, patrząc
sobie w oczy, i robicie to tak jak mędrzec z Księgi Przysłów: „Zbliż się do
mnie, synu mój, nauczę cię, dam ci rozeznanie” – jeśli robicie to z taką
ojcowską miłością, wasza rodzina nauczy się to kochać i tego oczekiwać, a wy
sami będziecie mieli poczucie spokoju sumienia, że jesteście prawdziwym ojcem
dla swojej rodziny.
Kevin DeYoung: Zgadzam się.
Sądzę, że to, co powiedziałeś o zaczynaniu od małego i akceptowaniu tego, że
robi się coś konsekwentnie, krok po kroku, jest lepsze niż wielki, wspaniały
plan, który w końcu wyciągasz – trzydziestominutowe nabożeństwo rodzinne,
przechodzenie przez wszystkie etapy – robisz to raz i sam ciężar oraz
bezwładność tego wszystkiego sprawiają, że się zatrzymuje. Lepiej zapytać po
prostu: czy możesz przeczytać kilka wersetów? Czy możesz się pomodlić?
A do tego dochodzi jeszcze
śpiew i wiele innych dobrych elementów. I jedną z wspaniałych rzeczy jest to,
że istnieje mnóstwo dobrych materiałów dla dzieci w każdym wieku. Można sięgnąć
po Ligonier albo Table Talk i coś przeczytać, można skorzystać z wielu dobrych
materiałów, które sam masz, albo które ma RHB [Reformation Heritage Books].
Nasz przyjaciel Jason Helopoulos też ma swoje materiały. Jest po prostu mnóstwo
rzeczy, z których ludzie mogą korzystać – choćby Największa historia. Biblijna
książka opowieści, którą sam napisałem. Sądzę, że dla mężczyzny, który się z
tym zmaga, ważne jest, by zapytać: co dokładnie jest dla mnie trudne? Bo dla
jednych to poczucie, że nie są duchowo wykwalifikowani, by prowadzić – to jeden
zestaw problemów do rozwiązania. Dla innych to poczucie, że życie jest tak
chaotyczne. Jak w ogóle sprawić, żeby wszyscy usiedli razem? Ty jesteś tu dużo
lepszym przykładem niż ja – i to nie jest fałszywa skromność – po prostu trudno
nam wszystkim znaleźć się w tym samym miejscu o tej samej porze. Trzeba więc
pomyśleć: kiedy mogę porozmawiać z dziećmi? Najlepiej, jeśli macie wspólny czas
posiłku przez większość dni, ale jeśli dla niektórych musi to być pora snu, a
dla innych rano – wy macie chyba nawyki obejmujące wszystkie te pory,
przynajmniej gdy dzieci były jeszcze w domu, ale dla większości ludzi zaczyna
się to raczej od pytania: kiedy znajdę czas, żeby porozmawiać z rodziną i
spędzić choć kilka minut na modlitwie i sprawach Pana? Bo bez nawyku po prostu
tego nie zrobicie. Ale ostatecznym celem nie jest to, żeby dziś postawić
„ptaszka” w kwadraciku, że się udało – celem jest pielęgnowanie uczuć dla
Chrystusa. Chodzi o wyrabianie tych wzorców. I o pokazanie własnej rodzinie,
żonie i dzieciom, co jest najważniejsze.
Myślę o moich rodzicach,
którzy – mój ojciec czytał Biblię niemal codziennie przy stole – i jestem
pewien, że sami pierwsi wymieniliby wszystko, co mogli zrobić lepiej. A jednak,
gdy o tym myślę, byli po prostu zwyczajnymi chrześcijańskimi rodzicami. I wiedziałem,
że kochali Jezusa, kochali siebie nawzajem, kochali kościół i kochali nas.
I często mówię sobie i
innym: jeśli potraficie wychować rodzinę tak, by wiedziała te cztery rzeczy – a
to jest coś, czego się częściej doświadcza, niż czego się naucza wprost, a kult
rodzinny jest tego częścią, utrwaloną w tych świętych nawykach – jeśli
potraficie wychować rodzinę tak, by wiedziała, że mama i tata się kochają,
kochają Jezusa, kochają kościół i kochają nas, to są cztery filary, których Pan
zwykle używa, by zbudować mocny fundament.
Radzenie sobie z duchowym
chłodem
Kevin DeYoung: Doświadczenie
sezonów duchowego chłodu i oddalenia jest wspólne dla chrześcijan w całej
historii kościoła. Jest tu wiele różnych czynników do rozważenia. Trzeba
naprawdę dobrze znać daną osobę. I właśnie w tym purytanie byli tak dobrzy – byli
lekarzami duszy. A lekarz ma wiele lekarstw. To zły lekarz, który mówi: „Nie
muszę słuchać o twoim problemie”, tylko od razu wypisuje receptę: proszę,
penicylina. Nie jesteśmy dobrymi lekarzami duszy, ani jako pastorzy, ani jako
zwykli chrześcijańscy przyjaciele, jeśli myślimy, że mamy tylko jedną receptę:
„czytaj więcej Biblii”, „rozmyślaj o usprawiedliwieniu”, „musisz być
grzesznikiem”. Musimy znać własne serca i znać serca naszych ludzi, musimy być
dobrymi przyjaciółmi i doradcami dla innych.
Jeśli więc ktoś czuje się
oziębły i oddalony od Pana, trzeba mądrości, by rozeznać: czy być może w życiu
tej osoby jest jakiś ukryty grzech? Warto o to zapytać, ale może to nie być
prawdą. Spurgeon, na przykład, był znany z podatności na melancholię z różnych
powodów. I czasem po prostu zdawał sobie sprawę, że potrzebuje dobrze się
wyspać, potrzebuje ostrego morskiego wiatru na twarzy. Więc czasem chodzi o
bardzo praktyczne rzeczy. Pamiętam ten słynny fragment D.A. Carsona, gdzie
mówi: „Czasem najbardziej duchową rzeczą, jaką możesz zrobić, nie jest czuwanie
i modlitwa przez całą noc, tylko po prostu dobre wyspanie się” – bo jesteśmy
przecież istotami cielesnymi. Więc nie ma nic złego w pytaniu: czy dbasz o
siebie? Czy śpisz? Czy jesz? Czy ćwiczysz? Czy nie siedzisz za dużo? Czy nie
karmisz umysłu i serca wyłącznie oglądaniem Netflixa, a potem idziesz do Biblii
– bo to jest kolejna rzecz.
Ktoś może czytać Biblię,
powiedzmy trzy rozdziały każdego ranka, wiernie, ale robi to przez piętnaście
minut, a przez pozostałe dziewięćdziesiąt pięć procent dnia karmi swoją duszę
duchowym śmieciowym jedzeniem – i potem dziwi się, czemu to nie daje poczucia
życia. Ale są też inne momenty w życiu, kiedy część dojrzałości polega właśnie
na tym, żeby robić to, co słuszne, i czekać, aż nasze uczucia to dogonią.
To nie jest hipokryzja.
Hipokryzja to udawanie kogoś, kim się nie jest. Dojrzałość oznacza czasem to,
że nasze uczucia wysuwają się naprzód, a nasze nawyki, praktyki, podążają za
nimi. Dzieje się tak często, gdy jesteśmy młodzi, dopiero poznajemy Pana, płoniemy,
nasz umysł jest żywy, czujemy wielką intensywność uczuć dla Chrystusa, jesteśmy
gdzieś na studiach, czytamy to wszystko i po raz pierwszy staje się to naprawdę
„nasze” – ale to nie znaczy, że jesteś bardziej posłuszny czy dojrzały niż
sześćdziesięciopięcioletni święty, choć być może czujesz więcej.
Są więc pory, kiedy uczucia
wyprzedzają resztę naszej dojrzałości. A są też pory, kiedy jesteś dojrzałym,
wiernym chrześcijaninem, a te uczucia zostają w tyle. I wtedy trzeba po prostu
robić to, co słuszne, stawiać kolejny krok. Więc trzeba dużo mądrości, by
rozeznać: czy to grzech? Czy to nawyki? Czy to sprawa cielesna, dbanie o
siebie? Czy może to sezon, przez który Pan cię prowadzi, żeby nauczyć cię
czegoś więcej o Nim samym, żeby wołać do Niego? I ostatnia rzecz, którą bym
powiedział: nie skupiaj się na tym, czy czujesz chłód. Skup się na Chrystusie.
Bo inaczej sami się wikłamy w węzły.
Rozumienie, co się dzieje w
naszym sercu, jest ważne, ale ja często – docenisz to jako mieszkaniec
Michigan, choć się stamtąd wyprowadziłem – posługuję się analogią wiary jako
wychodzenia na staw na łyżwach, bo dorastałem, grając w hokeja na stawie, i uwielbiałem
to. Bierzesz kij hokejowy i uderzasz nim w lód, bo czekasz: czy jest już
zamarznięty, czy nie. Nie chcesz wychodzić, kiedy lód jest jeszcze zbyt cienki,
więc wysyłasz najlżejszego z chłopaków jako pierwszego, rzucasz kamień. I
często mówię: wiara jest jak jazda na łyżwach po lodzie – jeden z chłopaków
jest pewny siebie, po prostu wyjeżdża, a inny stąpa na palcach, zdenerwowany.
Celem jest mieć pewność i tę ufność. Ale co właściwie sprawia, że nie wpadasz
do wody? To grubość lodu. To przedmiot twojej wiary. I to przez to, że masz
pewność, iż ten lód cię utrzyma, w ogóle wychodzisz na niego. Więc tak, jeśli
jeździsz po lodzie, to jest wiara w Chrystusa – to jest przedmiot twojej wiary.
A jeśli czujesz, że brak ci pewności czy radości, wpatrywanie się cały czas we
własne stopy i myślenie: dlaczego nie jestem tak pewny siebie albo tak radosny
jak tamten człowiek – to prawdopodobnie nie jest najlepsza droga. Weź głęboki
oddech, spójrz w dal, zobacz, co cię otacza, i ciesz się grubością lodu, który
cię podtrzymuje. Myśl o przedmiocie swojej wiary – nie analizuj swojej wiary
tak bardzo, żeby stracić z oczu Chrystusa.
Joel Beeke: Tak. To też
bardzo dobra odpowiedź. Świetna. I oprócz tego wszystkiego, co powiedziałeś,
spotykam całkiem sporo osób z naszego środowiska, które przeżywają coś
podobnego. Staram się wtedy naprawdę słuchać i wypytywać: gdzie dokładnie
czujesz ten chłód? Jak się czujesz wobec Jezusa Chrystusa? Jak się czujesz
wobec grzechu? I czasem, w miarę zadawania pytań, staje się jaśniejsze, jakie
są przyczyny leżące u podstaw. Wtedy staram się dać im książki albo artykuły,
które dotyczą właśnie tego konkretnego braku. Na przykład, jeśli ktoś mówi: „Po
prostu już nie jest tak, jak było kiedyś, czułem o wiele więcej miłości do
Chrystusa, a teraz to jakby wygasało”, mówię: dobrze, oto książka Alexandra
Grosse’a, purytanina, którą niedawno wydaliśmy, zatytułowana The Happiness of
Enjoying and Making a True and Speedy Use of Christ (pol. Szczęście płynące z
posiadania Chrystusa i szybkiego korzystania z Niego) – musisz przeczytać tę
książkę. Albo: przeczytaj The Suffering Saviour (pol. Cierpiący Zbawiciel) F.W.
Krummachera, która jest bardzo pełną uczucia książką o cierpieniach Chrystusa.
Albo przeczytaj Ralpha Robinsona, Christ All in All (pol. Chrystus wszystkim we
wszystkim). Albo czasem mówią po prostu: „Czuję, że moje sumienie jest
znieczulone na grzech, cofam się, krok po kroku, oddalam od Chrystusa, coraz
łatwiej ulegam grzechowi to tu, to tam”. Dobrze – przeczytaj The Mischief of
Sin (pol. Zgubne skutki grzechu) Thomasa Watsona. Przeczytaj The Sinfulness of
Sin (pol. Grzeszność grzechu) Ralpha Venninga. Przeczytaj The Evil of Evils
(pol. Zło zła) Jeremiaha Burroughsa, który powiedział, że w jednej kropli
grzechu jest więcej zła niż w najcięższym utrapieniu.
Zdobądź większe zrozumienie
ogromu grzechu, żebyś uciekał do Chrystusa i naprawdę pojął, jak wielkie jest
to, co On uczynił, gdy zechciał zbawić cię swoją krwią. I czasem, gdy podaje
się właściwe książki – oczywiście każąc im też sprawdzać cytowane teksty w
Piśmie, w miarę jak je czytają – widzę, że to naprawdę pomaga. Sam też to robię
dla siebie, kiedy czuję, że może staję się nieco oziębły wobec Chrystusa –
celowo wybieram wtedy książkę o pięknie, słodyczy i miłości Chrystusa. Dlatego
właśnie przez ponad dwadzieścia pięć lat trzymałem przy łóżku Listy Samuela
Rutherforda. Teraz z jakiegoś powodu już tego nie robię, ale przez ponad
dwadzieścia pięć lat je tam trzymałem.
Jeśli kładłem się spać
wieczorem i czułem się choć trochę zniechęcony, po prostu otwierałem jeden z
tych listów. I zawsze mnie podnosił, znów pokazywał mi Chrystusa. Ta książka
jest dla mnie naprawdę słodka. Więc korzystajcie z takich środków, które mogą
wam pomóc w tych konkretnych obszarach, w których czujecie słabość.