Wierzę,
że jednym z największych problemów, z jakimi boryka się wielu z nas, nasi
starsi i wiele naszych zborów, jest legalizm — trzymanie się litery prawa i
wyobrażanie sobie, że skoro przestrzegamy pewnych zasad i wykonujemy określone
praktyki religijne, to jesteśmy duchowi. Nie zdajemy sobie sprawy, że to
wszystko jest jedynie liśćmi.
Cała
aktywność religijna to liście. Czytanie Biblii, modlitwa, chodzenie na
zgromadzenia — wszystko to są liście. A owocu może nie być. Tymczasem Jezus
przychodzi i szuka owocu.
Galacjanie
mieli właśnie taki problem. Zaczęli dobrze. Narodzili się na nowo, zaczęli w
Duchu, ale potem zboczyli na boczny tor legalizmu, sądząc, że zaprowadzi ich on
tam, dokąd przeznaczył ich Bóg. Jak już widzieliśmy, celem nie jest niebo, lecz
upodobnienie się do Chrystusa. A legalizm nigdy was tam nie zaprowadzi.
Paweł,
chcąc ich skorygować, powiedział im słowa, na które wszyscy mający skłonność do
legalizmu powinni zwrócić szczególną uwagę. List do Galacjan 6:3: „Jeśli ktoś
uważa, że jest kimś, będąc nikim, zwodzi samego siebie”.
Powtórzę to dla podkreślenia. Jeśli ktoś uważa, że jest kimś, będąc nikim, zwodzi samego siebie.
Znakiem
rozpoznawczym legalisty jest to, że uważa siebie za kogoś, a pozostałych za
nikogo.
Kiedy
patrzysz na innych i myślisz, że są nikim — jesteś legalistą. Kiedy natomiast
myślisz, że sam jesteś kimś — również jesteś legalistą.
Człowiek
prawdziwie duchowy, głęboko w swoim wnętrzu, uważa siebie za nikogo.
Paweł
taki właśnie był.
Powiedział
kiedyś w 1 Liście do Koryntian 3: „Kim jest Paweł? Kim jest Apollos? Ja
zasadziłem, Apollos podlał, ale Bóg dał wzrost”.
Ten,
kto sadzi, jest nikim. Paweł mówi tutaj o sobie. Ten, kto podlewa, również jest
nikim. Bóg natomiast jest wszystkim.
Skąd
możesz wiedzieć, że kochasz Boga całym swoim sercem?
Kiedy
rodzimy się na tym świecie — i możecie to zobaczyć w każdym dziecku — nasze
serce jest pełne miłości do samych siebie. Kochamy siebie.
Są dziś
psychologowie, którzy uczą: „Musisz nauczyć się kochać samego siebie”.
Nie
musisz się tego uczyć. Adam nauczył nas wszystkich tego już dawno temu.
Są
jednak chrześcijanie i kaznodzieje całkowicie zwiedzeni przez takich
psychologów, ponieważ więcej studiują psychologię niż Biblię. Mówią: „Nie
możesz kochać bliźniego jak siebie samego, jeśli najpierw nie nauczysz się
kochać siebie” — jak gdybyśmy mieli jakiś problem z kochaniem siebie.
Czy
jest tutaj ktoś, kto ma problem z kochaniem samego siebie? Nie oszukujcie się.
My już
siebie kochamy.
Jezus
powiedział, że mamy nienawidzić samych siebie, ponieważ dopiero wtedy, gdy
znienawidzę samego siebie, będę mógł kochać Boga i kochać bliźniego jak siebie
samego. My już siebie kochamy.
Jeżeli
serce jest pełne miłości do własnego „ja”, a Jezus chce doprowadzić nas do
miejsca, w którym będziemy kochać Boga całym sercem, coś musi zostać usunięte.
Muszę
stać się nikim.
Wtedy
moje serce będzie pełne miłości do Pana.
I
dlatego Bóg musi nas złamać. Jak przed chwilą słyszeliśmy, Bóg musi nas złamać
i sprowadzić do zera.
Wiecie,
w szkole ucznia, który zaczyna od zera, próbuje się doprowadzić do stu procent.
W sprawach ziemskich to jest dobre. Ale w życiu duchowym zaczynamy od stu
procent, a Bóg próbuje sprowadzić nas do zera.
Chciałbym
wiedzieć, jak daleko zaszliście. Chciałbym wiedzieć, jak daleko sam zaszedłem.
Na ile Bogu udało się sprowadzić ciebie — człowieka w stu procentach pełnego
samego siebie — do zera?
Doszedł
przynajmniej do pięćdziesięciu procent? Do siedemdziesięciu pięciu?
Kiedy
dojdziesz do zera, Bóg naprawdę będzie mógł sprawić, że popłyną przez ciebie
strumienie wody żywej.
Skruszenie
jest czymś niezwykle ważnym.
Skruszenie
oznacza, że Bóg musi sprowadzić nas do zera.
Ci
Galacjanie naprawdę myśleli, że są kimś, ponieważ przestrzegali drobnych
przepisów i zasad.
Widziałem
to u legalistów. Każdy legalista uważa siebie za kogoś.
Może
nawet być posłuszny jakiemuś fragmentowi Pisma. Na przykład istnieją wersety
dotyczące noszenia biżuterii przez kobiety. I oto siostra zdejmuje biżuterię i
zaczyna naprawdę uważać siebie za kogoś dlatego, że z niej zrezygnowała.
Jednocześnie patrzy z góry na inne kobiety, które noszą biżuterię, uważając je
za nikogo.
Ja
nigdy nie nosiłem biżuterii. Moja żona i ja przez całe życie jej nie nosiliśmy,
ponieważ szanujemy Pismo. Ale to nie czyni nas kimś.
O to
właśnie chodzi.
A ktoś,
kto nosi biżuterię, nie staje się przez to nikim, ponieważ chodzi o stan serca.
Nie jesteśmy tutaj po to, żeby wzajemnie się osądzać.
To
tylko jeden przykład.
Siostra,
która nosi spódnice, może patrzeć z góry na inną siostrę, która nosi spodnie:
„Ja jestem kimś”.
Istnieją
tysiące dziedzin, w których patrzymy z góry na innych, chociaż wcale nie chodzi
o grzech.
I
właśnie to jest cechą legalisty.
Wczoraj
opowiadałem starszym o czymś, co wydarzyło się jakiś czas temu. Jeden z moich
synów postanowił zapuścić długie włosy.
Chciałem
znaleźć w Piśmie jakiś fragment, na podstawie którego mógłbym z nim
porozmawiać, ponieważ zawsze wierzyliśmy, że kobiety powinny mieć długie włosy,
a mężczyźni krótkie.
Zacząłem
więc badać Pismo i w 1 Liście do Koryntian 11 znalazłem stwierdzenie, że natura
uczy, iż mężczyzna powinien mieć krótkie włosy.
Ale co
mówi Bóg?
Nie
wiem.
Nie
mogłem więc powiedzieć synowi: „Natura mówi, że powinieneś mieć krótkie włosy”.
Jakie to ma znaczenie? Natura jest czymś podobnym do tradycji.
Kiedy
dokładniej zbadałem Pismo, zdałem sobie sprawę, że przez całe życie miałem
pogląd, który nie wynikał z tego, co powiedział Bóg, lecz z tradycji.
Postanowiłem
więc nic mu nie mówić. Jeśli nie potrafię wskazać konkretnego miejsca w Piśmie
i powiedzieć: „To jest grzech, ponieważ Bóg tak powiedział”, to jak mogę
twierdzić, że jest to grzech?
Nie
mogę narzucać mu swojej opinii.
Gdyby
Jezus miał długie włosy, też bym mu o tym powiedział. Albo gdyby miał je John
Wesley czy ktoś inny.
Kiedy
już uporałem się z tą sprawą, mogłem powiedzieć synowi:
„Wiesz,
twoje długie włosy już mi nie przeszkadzają, ponieważ zbadałem Pismo w tej
kwestii i pozbyłem się błędnego poglądu, który powstał przez niedbałe czytanie
Biblii”.
Zapytałem
go jednak:
„Dlaczego
właściwie masz długie włosy? Pytam po prostu z ciekawości”.
Odpowiedział:
„Tato, złożyłem Bogu ślub. I za każdym razem, gdy widzę swoje włosy,
przypominam sobie o tym ślubie. A kiedy zostanie wypełniony, zetnę je”.
Powiedziałem:
„W porządku. Jeśli jest to sprawa między tobą a Bogiem, nie będę się do tego
mieszał”.
Kiedy
kilka miesięcy temu obciął włosy, pomyślałem: „Tak, to była sprawa między nim a
Bogiem”.
Podaję
to tylko jako przykład.
Wielu z
nas odpycha własne dzieci, wskazując im jako grzech coś, czego nie potrafimy
znaleźć w Piśmie jako grzechu.
To jest
po prostu nasza opinia.
Używam
tego jedynie jako przykładu. W waszym życiu może chodzić o zupełnie inną
dziedzinę.
Rodzice
muszą mieć bardzo bliską więź ze swoimi dziećmi.
Biblia
mówi, że w dniach ostatecznych Bóg pośle ducha Eliasza, który zwróci serca
ojców ku dzieciom, a serca dzieci ku ojcom.
Żyjemy
w czasach, kiedy dzieci coraz bardziej oddalają się od swoich rodziców.
Oczywiście
sprzeciwiamy się grzechowi. Ale upewnijcie się, że sprzeciwiacie się grzechowi,
a nie jakiejś tradycji, którą odziedziczyliście i która nie ma żadnej podstawy
w Piśmie.
Jezus
walczył z tradycją równie zdecydowanie, jak walczył z grzechem.
Dzisiejsi
chrześcijańscy legaliści nie walczą z tradycją, a często nawet nie walczą z
grzechem, ponieważ uważają siebie za kogoś.
Dlatego
to, co usłyszeliśmy, jest tak ważne.
Jedną z
cech człowieka, który uważa siebie za nikogo, jest to, że nie stawia innym
żądań.
„Musisz
nosić spódnice tak jak ja”.
Jakaś
siostra mówi: „Nie możesz nosić biżuterii, tak jak ja jej nie noszę”.
Albo
jakiś brat: „Musisz mieć krótkie włosy tak jak ja”.
To
wszystko są żądania.
Brat
Eckhold, który przed chwilą do was przemawiał — mój syn Sanjay i jego żona,
zanim się pobrali, gdy byli w Norwegii, podeszli do brata Eckholda. Nie
pamiętam już, czy było to tuż przed ich ślubem, czy zaraz po nim.
Zapytali
go: „Jak to się stało, że przez pięćdziesiąt lat byłeś tak szczęśliwym mężem
swojej żony?” Brat Eckhold udzielił odpowiedzi, której oni nigdy nie zapomnieli
i której ja również nie zapomniałem.
Powiedział:
„Dlatego, że postanowiliśmy nigdy niczego od siebie nawzajem nie żądać”. To
jest tajemnica.
Nie
stawiam ci żądań, ponieważ bardzo często moje żądania wynikają z moich
uprzedzeń i z moich poglądów, których być może wcale nie ma w Piśmie.
Zadajcie
sobie pytanie: czy stawiacie komuś żądania, oczekując, że będzie taki jak wy,
ponieważ macie własne przekonania dotyczące rzeczy, o których Pismo nic nie
mówi?
To jest
legalizm.
Człowiek
skruszony nie stawia żądań.
Wierzę,
że to, co powiedział brat Eckhold, jest prawdą.
Jeśli
małżonkowie nie stawiają sobie wzajemnie żądań, nie będą się kłócić.
„Musisz
mnie szanować”. To jest żądanie.
„Jedzenie,
które gotujesz, musi być dobre”. To jest żądanie.
I
któregoś dnia jedzenie nie wychodzi. Denerwujesz się.
Dlaczego
się denerwujesz? Ponieważ miałeś żądanie.
Nie
jesteś zerem. Bogu jeszcze nie udało się sprowadzić cię do zera.
Być
może Bóg pozwolił twojej żonie któregoś dnia przypalić jedzenie albo wsypać do
niego za dużo soli właśnie po to, żeby pomóc ci zejść do zera. Ale nie udało Mu
się, ponieważ się temu sprzeciwiłeś.
Albo
któregoś dnia twój mąż powiedział, że wróci na kolację o siódmej, a wrócił o
jedenastej w nocy, ponieważ wydarzyło się coś pilnego — i być może Bóg dopuścił
to właśnie po to, aby cię złamać, siostro.
Ale
kiedy mąż wrócił, bardzo się zdenerwowałaś i Bogu znowu nie udało się
sprowadzić cię do zera.
Czy
wiecie, jak bardzo Bóg próbuje, próbuje i próbuje sprowadzić nas do zera?
A my
się temu opieramy, ponieważ mamy żądania.
Stawiamy
sobie nawzajem żądania również w Kościele.
Słyszeliście
o braciach, którzy mają ze sobą problemy.
Czy
myślicie, że poszedłem i powiedziałem o tym bratu Eckholdowi?
Nie.
On
otrzymał słowo od Pana.
Dlaczego
go nie słuchacie?
Dlaczego
masz problem z jakimś człowiekiem?
Ponieważ
żądasz, żeby cię rozumiał.
Co za
zwiedzenie! Kto powiedział, że on musi cię rozumieć?
Była
taka modlitwa Franciszka z Asyżu. Niektórzy z was mogą się zastanawiać, kim on
był. Był rzymskokatolickim świętym, który żył w XII wieku. Powiedział: „Panie,
uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju. Tam, gdzie spotykam nienawiść, pozwól mi
siać miłość. Tam, gdzie ktoś został zraniony, pozwól mi przynosić przebaczenie.
Tam, gdzie jest zwątpienie, pozwól mi siać wiarę. Tam, gdzie jest ciemność,
pozwól mi przynosić światło. Tam, gdzie jest rozpacz i beznadzieja, pozwól mi
siać nadzieję. A tam, gdzie jest smutek, pozwól mi rozsiewać radość. Boski
Mistrzu, spraw, abym nie tyle szukał pocieszenia dla siebie, ile pocieszał
innych. Abym nie tyle pragnął być rozumiany, ile sam starał się rozumieć
innych. Abym nie tyle pragnął być kochany, ile sam kochał. Bo dając, otrzymujemy.
Przebaczając, sami dostępujemy przebaczenia. A umierając, rodzimy się do życia
wiecznego”.
Jezus
powiedział Żydom, że przyjdą ludzie ze wschodu i zachodu i że poganie zasiądą w
Królestwie Bożym.
A ja
mówię dzisiejszym protestantom, zielonoświątkowcom, charyzmatykom i ludziom z
CFC: niektórzy katolicy będą siedzieć w Królestwie Bożym przed nami.
Byli
wśród nich ludzie tacy jak ten człowiek. Znali Boga. Ich doktryna była błędna,
ich głowa była w błędzie, ale ich serce było właściwe.
U wielu
z nas jest odwrotnie: nasza głowa jest właściwa, ale nasze serce jest
niewłaściwe, ponieważ nie potrafimy żyć w zgodzie z drugim człowiekiem.
Chcemy
bardziej być rozumiani, niż rozumieć.
Zamiast
zastanowić się: „Dlaczego on ma ze mną problem?”, człowiek, który uważa siebie
za kogoś, pyta: „Dlaczego, do licha, on nie potrafi mnie zrozumieć? Dlaczego
nie rozumie mojego stanowiska?”
To jest
cecha człowieka, który uważa siebie za kogoś.
Natomiast
człowiek, który uważa siebie za nikogo, mówi: „Być może w jakiś sposób sprawiam
mu trudność. Panie, pomóż mi to zobaczyć. Nie żądam, żeby on mnie rozumiał”.
Myślimy,
że jesteśmy duchowi, chociaż nie jesteśmy skruszeni.
Dlaczego
o tym mówię? Ponieważ naprawdę zbliżamy się do czasów ostatecznych. Chrystus
wkrótce przyjdzie.
Nie
mamy już czasu, żeby pozwalać diabłu nas zwodzić.
Musimy
mieć szeroko otwarte oczy i zobaczyć te dziedziny, w których diabeł ograbił nas
z naszego dziedzictwa w Chrystusie.
Moi
drodzy bracia i siostry, nie myślcie, że kochacie Boga, jeśli nie jesteście
skruszeni.
Nie
myślcie, że kochacie Boga, jeśli bardziej pragniecie być rozumiani, niż sami
rozumieć innych.
Nie.
Nie kochacie Go.
Nie
myślcie, że jesteście duchowi tylko z powodu zewnętrznych rzeczy, jeśli brakuje
wam współczucia potrzebnego, by zrozumieć drugiego człowieka.
Kiedy
nie jesteśmy skruszeni, zawsze próbujemy się usprawiedliwiać.
Ktoś
przychodzi, żeby cię skorygować albo zwrócić ci na coś uwagę, a ty natychmiast
masz odpowiedź: „Nie, nie, bracie. To wyglądało tak…”
Wiecie,
co Jezus powiedział o ludziach, którzy sami siebie usprawiedliwiają? To jest
zwyczaj Adama.
Jezus
powiedział do faryzeuszy w Ewangelii Łukasza 16:15 — chcę, żebyście tego
posłuchali. W wersecie 14 czytamy, że faryzeusze szydzili z Jezusa. A On
powiedział: „Wy jesteście tymi, którzy usprawiedliwiają samych siebie przed
ludźmi”.
Chcę
was dziś rano zapytać w imieniu Jezusa: czy jest wśród nas ktokolwiek — ty albo
ja — komu Jezus mógłby spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć: „Kiedy ktoś cię
koryguje, próbujesz usprawiedliwiać samego siebie przed innymi”.
Kiedy
ktoś zwraca ci na coś uwagę, nawet jeśli czyni to starszy brat, próbujesz się
usprawiedliwić.
A takie
samousprawiedliwianie — przeczytajcie dalszą część wersetu — może robić
wrażenie na ludziach, ale jest obrzydliwością przed Bogiem.
Jest
obrzydliwością przed Bogiem. Czy wiecie, że usprawiedliwianie samego siebie
jest obrzydliwością przed Bogiem?
Sprawdziłem
kiedyś, gdzie w Starym Testamencie pojawia się słowo „obrzydliwość”, zwłaszcza
— jak sądzę — w przekładzie King James Version. To bardzo interesujące. Mam wam
powiedzieć?
W
Starym Testamencie, w Księdze Powtórzonego Prawa, Pan powiedział Izraelitom: „Kiedy
jesteście na pustyni, nie ma tam toalet. Musicie wyjść poza obóz, wziąć łopatę,
wykopać dół, a kiedy już załatwicie swoją potrzebę fizjologiczną, macie to
zasypać ziemią. W przeciwnym razie jest to obrzydliwością przed Bogiem”.
Rozumiecie?
Czym więc jest twoje usprawiedliwianie samego siebie? Współczesnym językiem:
niespłukaną toaletą. Proszę, nie pokazujcie już nikomu niespłukanej toalety.
Kiedy
ktoś cię koryguje, dopuść możliwość, że możesz być w stu procentach w błędzie —
nie w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach, ale w stu procentach.
Kiedy
natomiast próbujesz dowieść, że masz w stu procentach rację, przypomina to
niespłukaną toaletę, do której dokładasz jeszcze więcej nieczystości. Za każdym
razem, kiedy się usprawiedliwiasz, w tej toalecie przybywa brudu.
Ktoś
kiedyś zapytał mnie: „Bracie Zac, dlaczego ciągle używasz słów «śmieci» i
«odpadki»?” Odpowiedziałem: „To nie ja użyłem ich pierwszy. Pierwszy użył ich
Paweł w Liście do Filipian. Powiedział: «To wszystko są śmieci»”. Ale czy
wiecie, jakie słowo znajduje się tam w oryginale? Oznacza właśnie to, co
znajduje się w tej niespłukanej toalecie.
Bądźcie
wdzięczni, że nie używam tego słowa. Takie właśnie jest jego pierwotne
znaczenie. To właśnie mam na myśli, mówiąc „śmieci”. I to właśnie Paweł ma na
myśli, kiedy mówi o śmieciach. Bierze najbardziej cuchnącą, odrażającą rzecz,
jaką możecie sobie wyobrazić, i mówi: „Wszystko poza Chrystusem jest śmieciem”.
Tak
właśnie jest. Kiedy zobaczysz wszystko poza Chrystusem jako śmieci — także
uznanie ludzi — nigdy nie będziesz go szukał.
Nie
będziesz też próbował usprawiedliwiać siebie przed innymi.
Człowiek
skruszony nie próbuje się przed nikim usprawiedliwiać, ponieważ widzi, że takie
usprawiedliwianie siebie jest jak wystawianie komuś przed oczy niespłukanej
toalety. Chcę tego nienawidzić, jeśli jest to obrzydliwością przed Bogiem. Jezus
powiedział, że jest to obrzydliwością przed Bogiem.
Jest
czymś odrażającym. Czasami King James Version oddaje to lepiej: „Obrzydliwość w
oczach Boga”. Co takiego? Właśnie usprawiedliwianie samego siebie przed ludźmi.
Tak, to jest znak.
To
niechęć do przyjmowania napomnienia. To oznaka człowieka, który nie chce
osądzać samego siebie, ponieważ uważa, że ma rację.
Tacy
ludzie bardzo szybko stają się również zazdrośni o innych.
Są
zazdrośni, jeśli nie otrzymują wyróżnienia.
Bracie,
siostro, czy zauważasz u siebie zazdrość, kiedy nie otrzymujesz jakiejś
szczególnej pozycji? To dlatego, że usprawiedliwiasz samego siebie. Bóg nie
udzielił ci łaski. Twoja twarz nie jest w prochu.
Kto
czuje się urażony, kiedy nie otrzymuje szczególnego miejsca w Kościele? Ten,
kto uważa siebie za kogoś. „Aha, tamten człowiek dostał wyróżnienie, a ja nie.
Przecież ja też jestem tutaj kimś”. Czy tak się czujesz? Jeżeli niektórzy
bracia zostają poproszeni, aby podzielić się Słowem, a ty nie zostałeś
poproszony, i coś zaczyna się w tobie burzyć — to jest niespłukana toaleta.
Jakie
jest napomnienie dla ciebie? Spuść wodę, bracie. Spuść ją. Pozbądź się tego. Nie
zostawiaj tego w sobie, żeby na każdej kolejnej konferencji gromadziło się
coraz więcej odoru. Czy uważasz siebie za bardzo ważnego? To jest jeden z
głównych powodów, dla których namaszczenie odchodzi, a ty nawet nie zauważasz,
że odeszło.
Inni to
widzą, ale ty sam tego nie widzisz. Kiedy Jezus rozpoczął Kazanie na Górze
słowami: „Błogosławieni ubodzy w duchu, ponieważ do nich należy królestwo
niebieskie”, przyszedł na ziemię właśnie po to, aby dać nam Królestwo
Niebieskie.
I
powiedział, że istnieje tylko jeden rodzaj człowieka, który może je otrzymać: człowiek
ubogi w duchu.
Jakie
jest najważniejsze wymaganie dla społeczności między wierzącymi?
Gdybym
zapytał was, jaki jest najważniejszy warunek społeczności między dwoma braćmi,
powiedzielibyśmy zapewne: „Chodzenie w światłości”. Ale wtedy jeden z braci
może powiedzieć: „Problem w tym, że on nie chodzi w światłości. Ja chodzę w
światłości, ale on nie”.
I co
wtedy? Dobrze, spróbujmy czegoś innego. Powiedzmy: miłość.
A ten
brat odpowie: „Ja mam miłość. On jej nie ma”. Co wtedy?
Albo
powiecie: pokora. A on odpowie: „Ja jestem pokorny. Tylko on nie jest pokorny”.
Dokąd nas to prowadzi? Świętość? „Ja jestem święty. On nie”. I zerwana
społeczność pozostaje. Ale kiedy dochodzimy do ubóstwa w duchu, sytuacja
wygląda inaczej. Jeżeli człowiek mówi: „Ja jestem ubogi w duchu, ale on nie”, to
tym samym dowodzi, że sam nie jest ubogi w duchu. Dlaczego? Ponieważ człowiek
ubogi w duchu jest świadomy własnej potrzeby.
To jest
znak człowieka ubogiego w duchu. Nie jest zajęty potrzebami innych. Jest
świadomy własnej potrzeby. „Panie, to ja jestem potrzebującym człowiekiem”.
Jego
twarz jest w prochu. Jeśli przeczytacie Księgę Hioba, znajdziecie tam klasyczny
przykład tej prawdy. Hiob i jego trzej przyjaciele-kaznodzieje.
Mówią
mu: „Właśnie dlatego Bóg cię karze. Dlatego chorujesz. Dlatego twoje dzieci
umarły. Musiały popełnić jakiś ukryty grzech”.
A za
każdym razem Hiob odpowiada: „Nie, nie, nie. To nie tak. Wy nie wiecie. Robiłem
to i tamto. Troszczyłem się o wdowy. Nie uczyniłem pieniędzy swoim bogiem.
Nawet nie patrzyłem pożądliwie na kobiety”.
I tak
bez końca. Przypomina mi to niektórych braci. Czasem mąż i żona mają problem i
inni próbują ich pojednać. Wygląda to jak Księga Hioba.
Jedna
strona ma odpowiedź. Druga strona ma odpowiedź. I tak bez końca. Był jeszcze
młody człowiek imieniem Elihu. Był lepszy od pozostałych. Powiedział kilka
dobrych rzeczy. Ale on również nie potrafił rozwiązać problemu Hioba. Wtedy Bóg
powiedział: „Teraz Ja przemówię. Wszyscy wy, kaznodzieje, zamilknijcie.
Pozwólcie Mi mówić”.
I co
mówi Bóg? Czy mówi: „Zobacz, jaki jestem święty”? Nie.
Ani
jednego słowa o swojej świętości. Pyta Hioba: „Hiobie, gdzie byłeś, kiedy
stwarzałem wszechświat? Gdzie byłeś?” „Powiedz Mi, czy potrafisz zrobić z
aligatora swoje domowe zwierzę?” Takie pytania Bóg zadawał Hiobowi. „Czy wiesz,
skąd bierze się śnieg? Czy potrafisz go stworzyć?”
Ani
słowa o świętości. Ani słowa o grzechu. My próbujemy przekonywać ludzi o
grzechu. Tamci kaznodzieje próbowali przekonać Hioba o jego grzechu. Nie, nie,
nie. Bóg ma inną drogę.
Jego
drogi są tak bardzo różne od dróg człowieka. Im lepiej poznajecie Boga — jeśli
czytacie Pismo — tym wyraźniej widzicie, że Jego drogi są inne. Hiob słucha
tego wszystkiego. Ani jednego słowa o jego grzechu. Wszystko dotyczy wielkości
Boga. I za każdym razem, gdy Bóg mówi, Hiob staje się coraz mniejszy, mniejszy
i mniejszy.
Wreszcie
w 40. rozdziale mówi: „Panie, jestem nikim”. Właśnie to powiedział. „Jestem
nikim”. Bóg mógł wtedy powiedzieć: „Wreszcie osiągnąłem w Hiobie to, co
chciałem osiągnąć. Doprowadziłem go do miejsca, w którym stał się nikim”.
Spójrzcie
na ten werset. To jest końcowy rezultat działania Boga w życiu Hioba. Bóg jest
pełen współczucia. Tego, czego nie potrafili osiągnąć ci kaznodzieje, dokonał
sam Bóg. W Księdze Hioba 40:4, po wysłuchaniu Boga mówiącego o swojej
wielkości, Hiob mówi: „Jestem niczym. Kładę rękę na swoich ustach. Raz mówiłem,
ale już nie odpowiem. Nie będę się więcej usprawiedliwiał”.
Kiedy
Bóg doprowadzi cię do miejsca, w którym powiesz: „Panie, jestem niczym. Kładę
rękę na swoich ustach. Nie mam żadnej odpowiedzi. Niczego więcej nie dodam”, wtedy
odniósł sukces. W pierwszym rozdziale Hiob był człowiekiem doskonałym —
doskonałym według światła, które posiadał. Miał tak wiele dobrych cech. Nigdy
pożądliwie nie patrzył na kobiety, i to jeszcze zanim została spisana Biblia. Czy
nie sądzicie, że pod tym względem przewyższa milion razy wielu współczesnych
wierzących?
Pomagał
biednym. Nie uczynił pieniędzy swoim bogiem. Miał wszystkie te dobre cechy. Ale
jednej rzeczy Hiobowi brakowało. Był dumny ze swojej sprawiedliwości. I wierzę,
że to samo jest problemem wielu z nas. Słyszeliśmy o zwycięstwie nad grzechem. Doświadczyliśmy
w swoim życiu pewnego zwycięstwa. Mamy wiele dobrych cech. Ale jesteśmy z nich
całkiem dumni. Dowodem jest to, że czujemy się urażeni, kiedy nie otrzymujemy
wyróżnienia, i usprawiedliwiamy się, kiedy ktoś nas koryguje.
Bóg
musi wykonać w tobie takie dzieło, jakie wykonał w Hiobie. Być może jesteś
wspaniałym bratem, wspaniałą siostrą — tak jak Hiob w pierwszym rozdziale. Ale
w pierwszym rozdziale Hiob nie był człowiekiem skruszonym. Dopiero pod koniec
księgi staje się człowiekiem złamanym.
W 42.
rozdziale, w wersecie 6, mówi: „O Panie, pokutuję w prochu i popiele”. Położył
usta w prochu i powiedział: „Jestem nikim. Od tej chwili będę żył przed Tobą w
pokucie, pokucie, pokucie i pokucie”.
A Bóg
powiedział później: „Mój sługa Hiob powiedział to, co słuszne”.
Czy Pan
może powiedzieć to samo o tobie? „Mój sługa, brat taki a taki, moja służebnica,
siostra taka a taka, powiedzieli to, co słuszne”.
A co
jest słuszne?
„Jestem
niczym.
Jestem
nikim.
Nie
będę już otwierał ust, żeby się usprawiedliwiać.
Od tej
chwili będę żył z twarzą w prochu i popiele, w codziennej pokucie i
skruszeniu”. Tego właśnie szuka Bóg.
Jakich
ludzi powinien mieć Kościół? Na zakończenie chcę się z wami podzielić jeszcze
jedną rzeczą. Ewangelia Łukasza 15. Od wersetu 3 do 7.
To
dobrze znana historia. Ale w wielu z tych historii czasami skupiamy się na
niewłaściwej osobie. Weźmy przypowieść o synu marnotrawnym. Musimy nauczyć się
czegoś także o starszym synu. Większość kazań mówi o synu marnotrawnym. A
przecież powinniśmy również skoncentrować się na ojcu. W przypowieści o
zgubionej monecie powinniśmy zwrócić uwagę na współczucie i gorliwość kobiety,
która usilnie szuka monety. Powinniśmy też zadać sobie pytanie, dlaczego ta
moneta w ogóle się zgubiła. Kobieta jest tam obrazem Kościoła, który przez
własną niedbałość traci ludzi. W przypowieści o owcy pasterzem jest Jezus. Widzimy
tutaj także działanie Ducha Świętego w Kościele. Kościół, który nie reaguje na
Ducha Świętego, staje się niedbały i traci monety, które powierzył mu Bóg.
Tutaj
natomiast Jezus jest pasterzem. Jest zgubiona owca, a Jezus idzie, odnajduje ją
i przynosi ją do Kościoła.
Jak
Jezus opisuje Kościół? Przeczytajcie uważnie werset 7: „Dziewięćdziesięciu
dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują pokuty”. To jest Kościół. Pytasz
Pana: „Panie, jaka jest Twoja definicja Kościoła?” Sprawiedliwi ludzie, którzy
nie potrzebują pokuty.
Powiecie:
„Jak to możliwe? Czy naprawdę istnieją na świecie ludzie, którzy nie potrzebują
pokuty?” Tak. Ponieważ pokutują każdego dnia.
Nie
tylko raz dziennie. Pokutują wiele razy w ciągu dnia, ponieważ Bóg daje im
światło dotyczące ich samych. Ja wiele razy w ciągu dnia otrzymuję światło
dotyczące samego siebie. Otrzymałem takie światło nawet dzisiaj. I nie dzieje
się to tylko podczas kazań. Najczęściej otrzymuję światło wtedy, gdy nikt nie
głosi. Kiedy idę ulicą. Kiedy budzę się rano. Kiedy robię coś zupełnie innego. Nagle,
niespodziewanie, otrzymuję światło dotyczące jakiejś rzeczy we mnie.
Mówiłem
wam, że czasem patrzyłem na twarze pobożnych, pokornych ludzi i otrzymywałem
światło dotyczące samego siebie, chociaż oni nawet nie otworzyli ust. I
natychmiast pokutowałem. Chcę należeć do Kościoła składającego się ze
sprawiedliwych ludzi, którzy nie potrzebują pokuty dlatego, że nieustannie
pokutują. To właśnie czyni cię częścią Kościoła. Nie to, że zrozumiałeś Nowe
Przymierze.
Nie to,
że znasz wszystkie doktryny, dary Ducha Świętego i wszystkie związane z nimi
wyjaśnienia. To wszystko jest dobre, bracie. Ale wszystko to jest bezużyteczne,
jeśli nie ma fundamentu skruszenia i pokuty.
„Błogosławieni
ubodzy w duchu”.
Ubodzy
w duchu to ci, którzy stale są świadomi własnej potrzeby.
I
właśnie takich ludzi lubię słuchać, kiedy przemawiają. Jest w nich pewien duch,
który błogosławi moje serce. Nie muszą mówić mądrych rzeczy ani opowiadać
pięknych historii. Ale kiedy ich słucham, wyczuwam: „To jest człowiek
skruszony.
To jest
człowiek, który osądza samego siebie. To jest człowiek żyjący w nieustannej
pokucie”. Panie, daj mi takich ludzi, których mógłbym słuchać.
Daj nam
takich ludzi w Kościele. Daj nam takich starszych braci w Kościele, którzy nie
pragną wyróżnienia i nie uważają siebie za kogoś.
Mamy
wielu sprawiedliwych braci, którzy uważają siebie za kogoś. Tak jak Hiob w
pierwszym rozdziale. Chcę zaprosić was wszystkich, abyście wyruszyli w drogę
prowadzącą do tego, by stać się jak Hiob w rozdziale 42. Nie zatrzymujcie się
na Hiobie z rozdziału 1. „Doskonały i prawy człowiek, który odwraca się od zła
i boi się Boga”. Być może tak właśnie dzisiaj myślisz o sobie. Właściwie
wychowałeś dzieci. Hiob każdego dnia gromadził całą dziesiątkę swoich dzieci,
modlił się z nimi, prowadził rodzinne modlitwy.
Nie
pożądał kobiet.
Nie
czcił złota.
Miał
wszystkie te rzeczy. I ty również możesz mieć w głowie całą listę swoich zalet.
Ale brakuje jednej najważniejszej rzeczy: skruszenia.
Niech
Pan przeprowadzi was przez to doświadczenie.
Kaznodzieje
wam nie pomogą.
Możecie
mieć trzech kaznodziejów — Elifaza, Bildada i Sofara — a nawet Elihu.
Musicie
spotkać się z Bogiem.
Bóg
musi powiedzieć wam:
„Gdzie
byłeś, kiedy stwarzałem wszechświat?
Czy
potrafisz stworzyć aligatora tak jak Ja? Ty, który uważasz siebie za tak
potężnego i wielkiego sługę Bożego — czy potrafisz stworzyć coś tak małego jak
śnieg?
Ja
zatrzymałem morze ziarnkami piasku. Ziarnkami piasku! Zatrzymuję potężne fale. Czy
ty to potrafisz?” A Hiob staje się coraz mniejszy.
Wielokrotnie
zachęcałem ludzi: wyjdźcie kiedyś nocą na zewnątrz, popatrzcie na gwiazdy i
zobaczcie, jak wielki jest Bóg — i jak bardzo wy jesteście nikim.
Sam
robię to często. Mówię: „Panie, myślę o tym potężnym wszechświecie. Nawet jeśli
go nie widzę, rozmyślam o nim.
Ten
olbrzymi wszechświat. A w nim mała drobinka zwana Ziemią. A na tej drobince,
którą jest Ziemia, znajduje się jeszcze mniejsza drobinka — ja.
A mimo
to myślę, że jestem przedstawicielem Boga, że jestem jakimś wielkim przywódcą”.
Włóż usta w proch, bracie. To właśnie powiedział mi Bóg. „Trzymaj usta w prochu
przez cały czas”. Chcę żyć w tym miejscu przez wszystkie moje dni. Nie możesz
upaść, kiedy już leżysz na ziemi.
Nie
możesz upaść. Właśnie w ten sposób Pan zachowuje cię od upadku. Jeśli stoisz —
możesz upaść. Nawet jeśli siedzisz — możesz upaść. Ale jak możesz upaść, kiedy
leżysz płasko na ziemi z ustami w prochu?
On jest
w stanie zachować nas od upadku, ponieważ nasze usta są w prochu.
Nie da
się już niżej upaść.
Niech
Bóg nam pomoże.
Zac
Poonen
Ojcze
Niebieski, prosimy Cię, abyś zastosował w naszym życiu to, co usłyszeliśmy.
Spraw,
abyśmy przez wszystkie nasze dni chodzili przed Tobą w pokorze i nieustannej
pokucie.
Niech
Twoje imię będzie uwielbione przez nasze życie.
Spraw,
abyśmy byli jak Hiob w rozdziale 42, a nie jak Hiob w rozdziale 1.
Pomóż
każdemu z nas.
W
imieniu Jezusa.
Amen.