To dla mnie
wielki przywilej, że mogę być dziś wieczorem tutaj z wami.
I mam do was
pytanie. Po co przyszliście tu dziś wieczorem? Czego spodziewaliście się tutaj
znaleźć? Każdy z nas rozpaczliwie potrzebuje Boga. A tego, czego potrzebujecie,
żaden człowiek nie może wam dać.
Jeśli
przyszliście tu dziś wieczorem z jakąś potrzebą, wołanie waszego serca powinno
wznieść się do Boga:
„Panie, pomóż
mi i pomóż temu biednemu człowiekowi, który właśnie do mnie głosi”.
Bo właśnie tym
jesteśmy. Nie ma wielkich mężów Bożych.
Są tylko mali i
słabi mężowie Boży, którzy należą do wielkiego i wspaniałego Boga.
Jeśli jesteś dziś wieczorem tutaj jako chrześcijanin, masz taką samą możliwość posiadania relacji z Bogiem jak każdy kaznodzieja, który stanąłby tutaj za kazalnicą i do ciebie przemawiał.
A ten Bóg
pragnie cię słuchać. Twoją największą potrzebą jest poznawać Go osobiście;
poznawać Go przez Pismo, Jego Słowo, i poznawać Go przez osobistą społeczność z
Nim w modlitwie.
Dlatego bez
względu na to, co usłyszycie dziś wieczorem, nie przyniesie wam to wielkiego pożytku,
jeśli później nie zwrócicie się do Niego i nie pójdziecie do Jego Słowa.
I właśnie to
spróbujemy dziś wspólnie zrobić.
Zapraszam was
więc do modlitwy. Zbliżam się do Ciebie w imieniu Twojego Syna. Błagam Cię:
pomóż nam. Tak wiele jest słów, a tak mało mocy. Wszystko, co mam, to kilka
chlebów i parę ryb.
A to nawet w
najmniejszym stopniu nie wystarcza, aby nakarmić ten tłum. Ojcze, wiem, że mnie
słyszysz. Błagam Cię. Pomóż nam być lepszym ludem dla Twojego Syna. Pomóż nam
być bardziej oddanymi Twojemu Synowi. Ojcze, pomóż Twojemu ludowi wzrastać i
dojrzewać. Ojcze, prosimy Cię, nie pozwól, aby był to po prostu kolejny
zwyczajny wieczór. Ojcze, nie wskazuję na siebie i nie mówię: „Uczyń to dla
mnie”. Nie mogę nawet wskazać na to zgromadzenie i powiedzieć: „Uczyń to dla
nich”. Ojcze, proszę Cię, spójrz po swojej prawicy. Spójrz w oblicze swojego
Syna i proszę Cię: uczyń to dla Niego. Uczyń to dla Niego.
List do
Rzymian, rozdział 12, wersety 1 i 2: „Proszę więc was, bracia, przez
miłosierdzie Boże, abyście składali wasze ciała jako ofiarę żywą, świętą,
przyjemną Bogu, jako waszą rozumną służbę. A nie dostosowujcie się do tego
świata, ale przemieniajcie się przez odnowienie waszego umysłu, abyście mogli
rozeznać, co jest dobrą, przyjemną i doskonałą wolą Boga”.
To jeden z
najważniejszych fragmentów Biblii, jeśli chodzi o prowadzenie chrześcijańskiego
życia, które podoba się Bogu.
Jeśli jesteście
tu dziś wieczorem, prawdopodobnie dlatego, że naprawdę jesteście
chrześcijanami.
A jeśli
naprawdę jesteście chrześcijanami, zmagacie się.
Zmagacie się
nie tylko z grzechem i wątpliwościami, lecz także z własnymi pragnieniami, z
tym, co rozpala wasze serce i co kochacie.
Czasem wydaje
się, że to niekończący się cykl: zimno, gorąco, zimno, gorąco. Większość z nas wie znacznie więcej, niż rzeczywiście
potrafi wprowadzić w życie.
Ubolewamy nad
brakiem gorliwości. Nad tym, jak słabi jesteśmy wobec pokusy. Czujemy się tak
bezsilni. Tak łatwo dajemy się rozproszyć.
Patrzymy na
wielkich chrześcijan z przeszłości, na wielkich teologów, na męczenników, a
potem patrzymy na siebie.
I widzimy
różnicę. Jak on mógł tak żyć? Jak mógł być niczym piec nieustannie płonący dla
Chrystusa? Patrzymy na nich, a później na samych siebie.
I pytamy: „Co
jest ze mną nie tak? Dlaczego nie płonę bardziej dla Pana? Dlaczego ulegam
najmniejszej pokusie? Dlaczego mam tak wielką pasję do rzeczy tego świata,
skoro wiem, że ten świat przeminie?”
Przez lata
zrozumiałem, że właśnie to jest ciężarem większości wierzących. Musimy więc
zadać pytanie: skąd bierze się prawdziwa gorliwość? Dlaczego niektórzy tak
płoną dla Jezusa?
Kiedy zaczynamy
studiować teologię, znajdujemy odpowiedzi na część naszych pytań.
Najpierw uczymy
się, że wszyscy jesteśmy upadłymi dziećmi Adama i Ewy. Wszyscy pochodzimy z
tego samego skażonego korzenia. Dlaczego więc niektórzy chrześcijanie są tak
oddani?
Następnie
studiujemy naukę o odrodzeniu, o narodzeniu na nowo. I uświadamiamy sobie, że
Bóg nie ma względu na osobę. Każde z Jego dzieci rodzi się na nowo przez Ducha
Bożego. Ich kamienne serce zostaje usunięte i zastąpione sercem z ciała,
zdolnym odpowiedzieć na miłość Boga. To rzeczywistość.
Dlaczego więc
patrzymy na niektórych chrześcijan i mamy wrażenie, że w życiu chrześcijańskim
znacznie nas przewyższają? Czytamy biografie misjonarzy i zachwycamy się ich
oddaniem. Patrzymy na życie męczenników i zdumiewamy się, że potrafili porzucić
wszystko, co mieli na tym świecie, a nawet cierpieć dla Chrystusa. Potem
patrzymy na siebie i uświadamiamy sobie, że sami nie potrafimy nawet wstać rano
wystarczająco wcześnie, żeby przeczytać Biblię.
Co wtedy
robimy? Czasami w desperacji jedziemy na konferencję albo czekamy na
przebudzenie. Mamy nadzieję, że coś się wydarzy. Słuchamy kazania — pełnego
ognia, żywego, poruszającego — i zaczynamy się ekscytować. Mówimy sobie: „Jest
nadzieja. Może tym razem coś mnie zmieni”. Potem przychodzi uwielbienie,
muzyka. Wszystko jest tak potężne, tak przyjemne, i znowu napełnia nas
nadzieja. „Może teraz to mnie zmieni”. A potem wyjeżdżamy z konferencji i stopniowo
opadamy z sił jak nakręcane ołowiane żołnierzyki.
Cała moc, cała
radość, wszystko znika. I zostajemy jeszcze bardziej rozgoryczeni niż
wcześniej. Co możemy z tym zrobić? Zanim jednak przyjrzymy się odpowiedzi, chcę
powiedzieć jeszcze jedną rzecz.
Wiem, że
niektórzy z was całkowicie utożsamiają się z tym, co właśnie powiedziałem. Ja
sam czasami również się z tym utożsamiam. Pamiętajcie: nie ma wielkich mężów
Bożych. Ale zanim przyjrzymy się rozwiązaniu, chcę powiedzieć jeszcze o czymś.
Czy czujecie to,
co opisuję? Czy chcecie być kimś więcej niż jesteście teraz? Czy chcecie być
bardziej święci? I czy smucicie się, że tacy nie jesteście? Czy chcecie być
bardziej oddani Panu? I czy ubolewacie nad tym, że nie jesteście? Czy chcecie
być bardziej posłuszni? A jednocześnie smucicie się, że tacy nie jesteście? Co
jako kaznodzieja powinienem wam powiedzieć? Czego się spodziewacie? Czy
powinienem was potępić? Nie. Powinienem ogłosić nad wami błogosławieństwo. Błogosławieństwo.
Pytacie: „Dlaczego?” Mówicie: „Patrzę na Chrystusa, patrzę na Jego Słowo i tak
bardzo chciałbym być kimś więcej, niż jestem. A przecież nie jestem. Jak więc
możesz ogłaszać nade mną błogosławieństwo?” Posłuchajcie teraz bardzo, bardzo
uważnie.
Ilu ludzi
mieszka dziś wieczorem w Paryżu? Nie myślą o Bogu. Nie myślą o Chrystusie. Nie
mają w sobie żadnego pragnienia poznawania Słowa Bożego, żadnego pragnienia
bycia Mu posłusznymi. Nie ubolewają nad swoją obojętnością ani nad chłodem
własnego serca. Nie ubolewają nad swoim nieposłuszeństwem. A wy? Wy
ubolewacie. Dlaczego? Ponieważ jesteście ludem Bożym.
Czy nigdy nie
czytaliście: „Błogosławieni ubodzy w duchu, ponieważ do nich należy królestwo
niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, ponieważ oni będą pocieszeni. Błogosławieni,
którzy łakną i pragną sprawiedliwości, ponieważ oni będą nasyceni”.
To pragnienie,
które jest w was — pragnienie, by być kimś więcej — oraz ten smutek, że nie
jesteście jeszcze tym, kim chcielibyście być, są dowodem na to, że Bóg działa w
was i że jesteście Jego ludem.
Jesteście
błogosławieni. Szczęśliwi. Radujcie się. Wasze imiona są zapisane w księdze
życia Baranka Bożego. On was kocha. Każdego z was, kto jest dziś wieczorem
złamany — On was kocha.
Mówię ludziom,
że Bóg ich kocha, ponieważ właśnie mówię wam, że Bóg was kocha. Chciałbym wziąć
tę kazalnicę i zrzucić ją na dół.
Chciałbym stąd
odejść. Nienawidzę języka angielskiego, a francuski wcale nie jest lepszy. Grecki
i łacina również nie są lepsze. Hebrajski nie wystarcza. Nie wystarcza. Dlaczego,
bracie Paul? Bo nie da się wam powiedzieć, jak bardzo Pan was kocha. Ludzki
język jest tu bezużyteczny. On was kocha.
Rzucam wam
wyzwanie. Wstańcie teraz. Mówicie: „Ale ty mnie nie znasz. Nie masz pojęcia,
jak bardzo zawiodłem Boga”.
A ja
odpowiedziałbym wam krzykiem: „On cię kocha!” Chwyciłbym cię za koszulę i
krzyknął ci prosto w twarz: „On cię kocha!”
Tak wielu z was
myśli: „Jak to będzie, kiedy umrę? Przecież nie jestem misjonarzem. Nie jestem
kimś szczególnie mądrym. Nie jestem kaznodzieją. Tak często w moim życiu robię
trzy kroki naprzód, a potem cztery do tyłu. Kaznodzieje mówią mi, że powinienem
biec, że życie chrześcijańskie jest wyścigiem. A ja ledwie potrafię iść. Ledwie
potrafię się czołgać. Jak to będzie, kiedy wreszcie stanę przed Nim twarzą w
twarz?”
Pozwólcie, że
coś wam powiem. Wy, którzy jesteście świętymi Boga: Czy naprawdę sądzicie, że
Syn Boży stał się człowiekiem, chodził po tej ziemi, znosił okrutną
niegodziwość ludzi, poniósł gniew Boga Wszechmogącego i pokonał samo piekło — czy
naprawdę sądzicie, że zrobił to wszystko po to, aby kiedy pierwszy raz zobaczy
was twarzą w twarz, spojrzeć na was z rozczarowaniem?
Czy zrobił to
wszystko tylko po to, żeby wam pokazać, jak bardzo jest wami rozczarowany? O
nie! On będzie cieszył się na wasz widok bardziej, niż wy będziecie cieszyć się
na Jego widok, ponieważ Jego zdolność do odczuwania radości jest o wiele
większa.
On was kocha. I
chce okazywać wam tę miłość, ponieważ usunął wszystkie wasze grzechy. Zapłacił
za każdy z nich na krzyżu Kalwarii.
Czy wiecie,
dlaczego niektórzy chrześcijanie prowadzą niezwykłe życie? Nie dlatego, że są
lepsi od was. Nie dlatego, że Bóg zbawił ich w jakiś lepszy sposób. Po prostu
zobaczyli więcej Jezusa niż wy. Dostrzegli więcej z miłości Boga do nich w
Chrystusie. To jedyne lekarstwo na wasz problem.
I właśnie tego
diabeł najbardziej nie chce, żebyście usłyszeli i zrozumieli: że Bóg kocha was
bezwarunkowo. W sposób niepojęty.
Właśnie o tym
mówi Paweł w Rzymian 12:1–2. Spójrzmy na ten fragment. Najpierw Paweł mówi: „Proszę
was. Błagam was. Nalegam, żebyście mnie wysłuchali”. To bardzo mocny język. Dla
niego jest to naprawdę sprawa życia i śmierci. Sprawa zachowania swojego życia
albo jego utraty. Mówi: „Błagam was”. O co? „Abyście składali wasze ciała jako
ofiarę żywą”. Jest tu coś bardzo ważnego. Kiedy mówi „składali”, nie mówi tutaj
o działaniu, które ma być wciąż od nowa powtarzane. Mówi o decyzji raz na
zawsze.
To właściwie
prorockie wezwanie: „Jak długo będziecie jeszcze chwiać się między dwiema możliwościami?
Jeśli ten świat wam wystarcza — idźcie i służcie światu. Ale jeśli Bóg Biblii
jest Bogiem wszechświata, jeśli Jezus umarł i zmartwychwstał, to raz na zawsze
podejmijcie decyzję. Co zrobicie ze swoim życiem? Nie bawcie się ze mną. Nie
bawcie się tymi słowami”.
To pytanie
wypowiadane przez kaznodzieję, który właściwie wykłada Słowo. To prorockie
wezwanie. To Bóg przemawia przez kaznodzieję. Raz na zawsze podejmij decyzję. Co
zrobisz ze swoim życiem? Nie jest to wezwanie, żeby porzucić pracę i wyjechać
na misję. Nie jest to wezwanie, żeby przeprowadzić się do obcego kraju. To
wezwanie skierowane do twojego serca.
Bez względu na
to, gdzie Pan cię postawił i jaki zawód wykonujesz, podejmij decyzję, aby w
Bożej opatrzności, tam gdzie Bóg cię umieścił, wykonując pracę, którą ci dał — czy
jesteś lekarzem, stolarzem, matką zajmującą się domem, ojcem czy nauczycielem —
podjąć decyzję, że życie, które teraz prowadzisz, raz na zawsze oddasz Bogu. Że
będziesz Mu służyć darami, które ci dał. Będziesz Mu służyć tam, gdzie cię
postawił.
Pomyślcie o
tym. Poświęcić życie jakiemuś człowiekowi — to nie jest rozumne. Poświęcić
życie polityce albo ideologii — to nie jest rozumne. Nawet poświęcić życie
kościołowi — to nie jest rozumne.
Ale oddać życie
Temu, który cię stworzył, który zaspokaja twoje potrzeby, który sprawia, że
bije twoje serce, który daje ci oddech, który obdarzył cię każdą zdolnością,
jaką posiadasz, który jest źródłem każdej dobrej rzeczy w twoim życiu — oddać
się Jemu — to nie tylko jest rozumne.
To jedyna
rozumna rzecz, jaką możesz zrobić.
Paweł wzywa
nas, abyśmy oddali samych siebie jako żywą, świętą ofiarę dla Boga.
Być może ma w
pamięci nauczanie Chrystusa: „Kto chce zachować swoje życie, straci je. Kto
straci swoje życie dla Mnie, zachowa je”.
Czuję się tak,
jakbym urodził się wczoraj.
Mam teraz 63
lata.
Mam wrażenie,
jakbym urodził się wczoraj, a jutro umrę.
Życie mija
właśnie tak.
Możecie zdobyć
cały majątek świata.
Umrzecie.
Możecie zdobyć
cały szacunek świata.
Umrzecie.
Możecie
zakochać się bez pamięci w żonie albo mężu, którzy będą kochać was z taką samą
intensywnością. Albo ona umrze w waszych ramionach, albo wy umrzecie w jej.
Co jest w tym
życiu, w tym świecie, czego tak bardzo chcecie się kurczowo trzymać?
Nawet gdybyście
zdobyli cały świat — po co ktoś miałby tak żyć?
Nawet jeśli
stworzycie największe arcydzieła w historii ludzkości, wszystko kiedyś
przeminie.
Ale w
Królestwie — jeśli podacie choćby kubek wody jednemu z najmniejszych braci
Jezusa Chrystusa, nie utracicie swojej nagrody.
To musicie
zrozumieć. „Składajcie wasze ciała”.
Trudno mi to
przyznać, ale nawet szatan potrafi czasami powiedzieć prawdę.
Pamiętacie
Hioba? Stracił wszystko. Majątek.
Rodzinę. Reputację.
Stracił wszystko, a jednak nie przeklął Boga.
Wtedy szatan
wrócił i dotknął jego ciała.
Powiedział: „Jeśli
to zrobię, przeklnie Cię”. I właśnie tego spróbował. Macie tylko jedno ciało. Ono
jest cenne. Paweł wzywa Kościół w Rzymie, aby oddał Bogu to, co najcenniejsze. Jedyne
życie, jakie macie. Jedyne. Nie dostaniecie drugiego. Macie tylko jedno ciało. Energię
tego jednego ciała. I Paweł mówi: „Oddajcie je Panu. Złóżcie je Panu. Straćcie
to życie dla tego świata”.
Oto wezwanie. Myślę,
że każdy z was, kto jest chrześcijaninem, rozumie, że właściwie wyłożyłem ten
fragment: koszt uczniostwa jest aż tak radykalny. Musicie oddać się Panu
całkowicie. Poddać Mu swoją wolę. Kochać Pana, swojego Boga, całym umysłem,
całą siłą i całą duszą. Służyć Mu każdym włóknem swojej istoty. Nie mieć już
własnych celów, lecz szukać Jego celów dla swojego życia i dla swojego
kościoła. I tutaj wracamy do dylematu, o którym mówiłem wcześniej. Wiemy, że to
prawda. Wiemy, że tak powinno być.
Ale problem
pozostaje: co mogłoby zmotywować człowieka, żeby oddał to, co ma najcenniejszego,
i całkowicie z tego zrezygnował?
Kiedy
przeglądamy historię Kościoła, widzimy mężczyzn i kobiety, którzy zrobili
dokładnie to. Oddali Bogu całe swoje życie. Niektórzy zakończyli je męczeńską
śmiercią. Skąd czerpali motywację?
Jakie
lekarstwo, jaka odpowiedź jest wystarczająco potężna, żeby przemienić
chrześcijanina i dać mu taką motywację? Odpowiedź znajduje się w naszym
tekście.
Paweł mówi: „Proszę
was więc, bracia…” Posłuchajcie. „Przez miłosierdzie Boże”. Co może zmotywować
człowieka, by przeżył całe swoje życie w oddaniu Chrystusowi? Miłosierdzie
Boga.
A czym jest to
miłosierdzie? W angielskim tekście fragment rozpoczyna się spójnikiem: „więc”. Dlaczego
to „więc” jest takie ważne? Ponieważ łączy dwa pierwsze wersety rozdziału 12
nie tylko z rozdziałem 11, ale z całymi pierwszymi jedenastoma rozdziałami
Listu do Rzymian.
To miejsce, w
którym Paweł dokonuje wielkiego podziału w swoim liście. Podobnie robi w Liście
do Efezjan. Co więc dzieje się w Liście do Rzymian? Co Paweł robi przez pierwszych
jedenaście rozdziałów?
Objawia nam
miłosierdzie Boga. Jak zaczyna? Pierwsze trzy rozdziały: „Wszyscy zgrzeszyli i
są pozbawieni chwały Boga”. „Nie ma sprawiedliwego, ani jednego”. Nie ma nikogo
dobrego. Ani jednego. Nie możemy sami siebie zbawić. Jesteśmy w grzechu. Jesteśmy
pod potępieniem. Nie czeka nas nic oprócz sądu. Pozostaje tylko sąd. Nie ma
nadziei. Nic. Nie ma żadnej możliwości, żeby którykolwiek z nas został sam z
siebie uznany za sprawiedliwego przed Bogiem. Każdy z nas zasługuje na wieczne
odrzucenie.
A potem
dochodzimy do końca trzeciego rozdziału. Bóg znalazł sposób, abyśmy mogli
zostać uznani za sprawiedliwych przed Nim.
Potępia nas w
naszym grzechu, ale sam stał się doskonałym człowiekiem. Przeżył doskonałe
życie, którego my nie przeżyliśmy. Poszedł na drzewo. Wziął na siebie wszystkie
grzechy swojego ludu. Cały święty gniew Boga przeciw niegodziwości i grzechowi
człowieka spadł na Niego. Fala za falą świętego i sprawiedliwego gniewu Boga
przechodziła nad Nim, aż nadeszła chwila, w której sprawiedliwość Boga została
całkowicie zaspokojona.
Wtedy Chrystus
zawołał: „Wykonało się!”. Wszystko zostało zapłacone. Potem dochodzimy do
czwartego rozdziału i dowiadujemy się, że trzeba tylko w Niego uwierzyć. Nie
zbawiają nas uczynki. Nie zbawia nas Prawo. Tylko uwierz w Niego.
Ale przy końcu
czwartego rozdziału pojawia się pytanie: Skąd możemy wiedzieć, że to naprawdę
wystarczy? Jak możemy być pewni, że naprawdę zapłacił za wszystko? Czytamy: „Został
wydany za nasze grzechy i wskrzeszony dla naszego usprawiedliwienia”. Bóg
wskrzesił Chrystusa z martwych.
A to było Bożym
potwierdzeniem, że doskonale przyjął zapłatę Chrystusa. Potem dochodzimy do
Rzymian 5 i widzimy dwie sfery: w Adamie i w Chrystusie. W Adamie nie ma nic
oprócz grzechu, potępienia i wiecznej śmierci. Ale zostaliśmy przeniesieni z
tamtej sfery do innej. Nie jesteśmy już w Adamie. Jesteśmy w Chrystusie. Co to
oznacza? Usprawiedliwienie. Pokój z Bogiem. I życie. Życie w Chrystusie —
obfite i wieczne. Życie w obecności Boga bez jednej skazy, bez jednego braku.
Potem
przechodzimy do Rzymian 6 i uświadamiamy sobie, że choć walka nadal trwa — a w
Rzymian 7 widzimy tę walkę bardzo wyraźnie — choć w tym życiu ciągle trwa
walka, dwa kroki naprzód i trzy do tyłu, nic nie może unieważnić tego, co
Chrystus dla nas uczynił. A w Rzymian 8 czytamy, że pewnego dnia skażenie
zostanie usunięte nawet z samego stworzenia. Zostaniemy wprowadzeni do nowego
stworzenia. Grób został pokonany. Sam grób napełnił się światłością. Będziemy
mogli żyć w obecności Boga bez grzechu. Bez smutku. Bez niewoli. Bez skażenia. Bez
pożegnań. Bez strachu, że kiedykolwiek upadniemy. Niewysłowiona radość w chwale
z Bogiem.
Tak wielka, że
gdybyście teraz zobaczyli choćby przebłysk nieba — gdybyście zobaczyli choćby
przebłysk radości, która was oczekuje —byłoby to tak potężne, że rozerwałoby
wasz umysł na tysiąc kawałków. Piękno nieba by was zabiło. To właśnie was
czeka.
Możecie jednak
pomyśleć: „Skąd możemy mieć pewność, że Bóg naprawdę to wszystko uczyni?” Rzymian
9, 10 i 11: On zawsze był wierny. Był wierny przez całą historię. Żadne słowo,
które wypowiedział, nie pozostało niespełnione. On jest wierny. Nigdy nie
porzuca tego, co rozpoczął. Nie wycofuje się ze swoich obietnic. Robi dokładnie
to, co powiedział. Jaki jest więc sekret większej gorliwości? Jaki jest sekret
życia całkowicie oddanego Bogu?
Właśnie z tego
powodu Paweł uwielbia Boga w Efezjan 1. Z tego powodu wielbi Go w Efezjan 3. Dla
tego pracował. Im więcej dostrzegacie z całego tego miłosierdzia Boga, im
głębiej schodzicie w te niewyczerpane skarby, im bardziej zaczynacie pojmować
niepojętą miłość Boga i to, co uczynił dla was w osobie Chrystusa — tym większa
staje się wasza motywacja.
A jeśli jesteś
tutaj dziś wieczorem kaznodzieją, to właśnie jest twoje najważniejsze zadanie. Studiujesz
Słowo. Studiujesz. Modlisz się.
A wszystko po
to, żeby w każdą niedzielę, tydzień po tygodniu, pokazywać ludziom coraz
większy i wspanialszy obraz miłości Chrystusa do nich. Im lepiej to rozumieją, im
bardziej ich oczy otwierają się na tę prawdę, tym bardziej ich gorliwość będzie
wzrastać i stawać się stała.
Dlaczego
niektórzy chrześcijanie są tak gorliwi? Nie są od was lepsi. Po prostu
zobaczyli więcej Chrystusa. Zobaczyli więcej z miłości Boga do nich. To wszystko.
Dam wam
przykład. Wyobraźcie sobie mężczyznę albo kobietę płonących oddaniem i
gorliwością dla Chrystusa. Co myślicie, patrząc na taką osobę? Powiem wam, co
myślicie. Ponieważ jesteście bałwochwalcami. Patrzycie na tę osobę i mówicie: „Co
za niezwykły człowiek! Co za wspaniała kobieta!”
Dam wam
przykład. Jest pewien mężczyzna, który kocha swoją żonę w nadzwyczajny sposób. Nawet
Francuzi nie mogliby się z nim równać. Kocha swoją żonę z ogromną namiętnością.
Traktuje ją jak królową. Kiedy wchodzi do pokoju, jego twarz się rozjaśnia. Kiedy
to widzicie, co myślicie? „Co za niezwykły człowiek!” A może wcale nie jest aż
tak niezwykły. Może patrzycie w niewłaściwe miejsce, szukając tego, co
niezwykłe. Może on sam jest zupełnie przeciętny. Może nawet mniej niż
przeciętny. Być może pozostawiony sam sobie ma serce zimne jak kamień. Dlaczego
więc jest taki? Nie dlatego, że on sam jest niezwykły. To jego żona — jej
piękno, jej cnota, jej łagodność — pociągają jego uczucia ku niej. To rozpala
jego serce jak piec pełen namiętnej miłości.
Tak samo jest w
chrześcijaństwie. Widzicie mężczyzn i kobiety płonących miłością do Chrystusa i
mówicie: „Jak niezwykli są ci ludzie!” Oni nie są niezwykli. Po prostu
zobaczyli, jak niezwykły jest Chrystus. To piękno Chrystusa. nota Chrystusa. Dzieło
Chrystusa. One wyciągają z ich serca uczucia skierowane ku Niemu. To On. To
wizja uszczęśliwiająca.
Apostoł Paweł
bluźnił imieniu Chrystusa. Ścigał chrześcijan jak zwierzynę. Aż zobaczył
Chrystusa. To wszystko. Zobaczył Go. Czego potrzebuje lud Boży? Większego
poznania Boga. Powiesz: „Tak, Jego świętości, Jego sprawiedliwości”. To prawda.
Ale nie zapominajcie o Jego pięknie. O Jego radości. O Jego cudowności. Za mało
głoszę o tych rzeczach: o Jego chwale, o Jego miłości, o Jego miłosierdziu.
Zauważcie, co
Paweł mówi: „Proszę więc was, bracia, przez miłosierdzie Boże…” To słowo
występuje w liczbie mnogiej. I to jest bardzo ważne. Być może niekoniecznie ze
względu na grekę, ale ze względu na hebrajski sposób myślenia. Paweł był Żydem.
Co mogło to dla niego znaczyć? Kiedy po hebrajsku mówicie o niewielkiej ilości
wody, używacie słowa „woda” w liczbie pojedynczej. Ale kiedy chcecie mówić o
morzu albo oceanie, mówicie o „wodach”. Paweł mówi tutaj o „miłosierdziach” w
liczbie mnogiej. Mówi o ogromie Bożego miłosierdzia. O wszelkich rodzajach
Bożej miłości i współczucia. O całej różnorodności Jego miłosierdzia. O każdym
aspekcie Jego piękna. O każdej głębi Jego wspaniałości. Wszystko to znajduje
się w Nim. W Nim.
Nie studiujemy
Biblii jedynie po to, żeby nauczyć się zasad. Nie głosimy Biblii jedynie po to,
żeby przekazać wam kodeks moralny czy etyczny. Chrześcijaństwo posiada kodeks
etyczny, ale nie jest przede wszystkim moralnością. Chrześcijaństwo dotyczy
odkupienia. Dotyczy dzieła, którego dokonał Bóg. Im więcej o tym wiemy —
doktrynalnie,
ale również doświadczalnie — im bardziej prawda zostaje zastosowana do naszych
serc, tym bardziej nasze serca się rozszerzają. Tym bardziej się otwierają. Tym
bardziej płoną. Ta gorliwość staje się jak paliwo, które pozwala nam być
posłusznymi Bogu. Spróbuję powiedzieć to w taki sposób.
Wyobraźcie
sobie małą metalową kulkę. Sami w sobie nie macie wystarczająco dużo paliwa,
żeby poruszyć nawet tak niewielką metalową kulkę. Ale miłość Chrystusa może
dostarczyć tyle siły, tyle energii, że będziecie mogli biec przez całą
wieczność. Może dać wam wszystko, czego potrzebujecie, żeby należeć do Niego.
W 2 Koryntian 5
Paweł mówi: „Miłość Chrystusa przymusza nas”. Przejdźmy do 2 Koryntian 5. W
wersecie 9 mówi: „Dlatego też dokładamy starań, aby Mu się podobać”. To było
główne pragnienie życia Pawła. Jego ambicja. Celem jego życia było podobać się
Chrystusowi.
Czy możecie
powiedzieć to samo? Paweł podaje nam dwie motywacje. Jedna jest jak księżyc. Druga
jak słońce. Jedna jest nieco słabsza. Druga potężniejsza. Pierwszą znajdujemy w
wersecie 10: „Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby
każdy otrzymał zapłatę za to, co czynił w ciele, według tego, co czynił, czy
dobro, czy zło”. Paweł był motywowany świadomością, że pewnego dnia stanie
przed Bogiem i zostanie osądzony.
Ale nabierzcie
otuchy. Nie stanie przed obcym sędzią. Stanie przed Starszym Bratem, który za
niego umarł. A jednak była to motywacja. Chciał dobrze ukończyć bieg. Świadomość
sądu motywowała go do wytrwania. Ale to jest tylko światło księżyca. Spójrzmy
teraz na potężniejszą motywację. Na większe światło.
Światło słońca.
Werset 14: „Miłość Chrystusa bowiem przymusza nas, jako tych, którzy uznaliśmy,
że skoro jeden umarł za wszystkich, to wszyscy umarli. A umarł za wszystkich,
aby ci, którzy żyją, już nie żyli dla samych siebie, lecz dla Tego, który za
nich umarł i zmartwychwstał”. Co było największą motywacją Pawła? Miłość
Chrystusa. Zrozumcie jednak coś bardzo ważnego. Paweł nie mówi, że jego
największą motywacją była jego własna miłość do Chrystusa. Bo miłość Pawła do
Chrystusa raz wznosiła się wysoko, a potem opadała. Potem znowu się wznosiła i
znowu opadała. Paweł był człowiekiem. Był niestały tak samo jak wy. Nie mówi: „Moja
wielka miłość do Chrystusa — to właśnie mnie napędza”. Nie.
Mówi: „Miłość
Chrystusa do mnie. To mnie napędza”.
Pod koniec
Listu do Rzymian znajduje się niezwykle ważne stwierdzenie doktrynalne: wszystko
jest z Niego, przez Niego i dla Niego. Miłość Boga w Chrystusie przychodzi do
Pawła. Motywuje go. Napełnia gorliwością. A potem jego własna miłość wraca ku
Bogu.
Jak powiedział
Jan: „My Go miłujemy, ponieważ On pierwszy nas umiłował”. Czego potrzebujesz,
pastorze?
Czego potrzebuje
twoja trzoda? Potrzebuje coraz większego objawienia miłości Chrystusa do niej. Właśnie
tego potrzebuje.
Dam wam
przykład.
Pamiętacie,
kiedy Abraham posłał swojego sługę, aby znalazł żonę dla jego syna? Pastorzy,
to szczególnie do was. Jeśli jesteś ojcem, również powinieneś uczyć tej samej
prawdy swoją żonę i dzieci.
A więc to
dotyczy również ciebie. Jeśli jesteś kobietą i matką, również powinnaś uczyć
swoich dzieci. Abraham posyła więc swojego sługę, aby znalazł żonę. Ta kobieta
ma zostać żoną Izaaka. Ale ona nie zna Izaaka. Nie wie, jak wygląda. Nie ma
pojęcia, czy jest bogaty. Nic o nim nie wie. Rebeka nic o nim nie wie. Co więc
musiał powiedzieć jej ten sługa? Przychodzi i mówi: „Mój pan mnie posłał. Jest
ojcem syna…” I prosi ją, żeby opuściła ojca i matkę. Żeby opuściła swoją
ojczyznę i wszystko, co dotąd znała. Co musiał jej powiedzieć? Prawdopodobnie
usiadł z nią i powiedział: „Pozwól, że ci o nim opowiem. Jest najlepszy i
najpiękniejszy spośród tysięcy. Jego dobroć nie ma sobie równej. Jego bogactwo
jest nieporównywalne. Chodź ze mną, a zaprowadzę cię do niego”. Daje jej złotą
bransoletę. A ona, jak każda kobieta: „Och! Opowiedz mi o nim więcej!” Więc
opowiada dalej.
Powiedział jej
wystarczająco dużo, by poszła do ojca i matki i powiedziała: „Odchodzę”. I
poszła z tym człowiekiem. Rodzice mogliby powiedzieć: „Córko, przecież nawet go
nie widziałaś!”
A ona
odpowiada: „Ale wystarczająco dużo o nim usłyszałam.
Usłyszałam
wystarczająco. Spójrzcie na te dowody jego miłości, które mam na sobie. Jestem
zwykłą pasterką. A spójrzcie na te bransolety. Przystroił mnie jak królową. Mamo,
tato — odchodzę”.
Wyruszają. Za
chwilę mają przejść za pierwsze wzgórze i Rebeka już nigdy nie zobaczy swoich
rodziców. Sługa widzi, jak ogląda się za siebie. Zaczyna wątpić: „Czy naprawdę
powinnam iść?” Patrzy na matkę. Na rodzinę. Boi się. Co robi sługa? Bierze jej
twarz w dłonie, odwraca ją i mówi: „Nie, nie, moja droga. On jest tego wart. Naprawdę
jest tego wart”. I zakłada kolejną złotą bransoletę na jej ramię. „Naprawdę
jest tego wart. Pozwól, że jeszcze raz ci o nim opowiem”. Ona zostaje
umocniona. Odwraca się i idzie dalej. Kilka dni później dochodzą do studni. Wokół
stoi wielu młodych mężczyzn. Są w jej wieku. Przystojni. Muskularni. Sługa
widzi, że Rebeka patrzy. Może myśli: „Czy naprawdę ktoś może być piękniejszy od
nich? Dlaczego po prostu nie zatrzymać się tutaj?” A sługa znów mówi: „Moja
droga, spójrz na mnie. Nie patrz na nich. Oni są niczym w porównaniu z Tym,
który na ciebie czeka. Są tylko marnymi namiastkami”.
Zakłada kolejną
złotą bransoletę na jej ramię. I idą dalej. Aż w końcu ona widzi Izaaka
czekającego na polu. Dosłownie zeskakuje z wielbłąda. Właśnie opisałem wam
pracę kaznodziei.
I pracę
każdego, kto pełni rolę autorytetu: ojca, matki.
Co powinniśmy
robić? Nieustannie mówić ludowi Bożemu, jak niewysłowienie dobry jest Chrystus.
Jaka chwała ich oczekuje.
Często słyszę
ludzi mówiących: „Nie potrzebuję całej tej teologii.
Nie potrzebuję
całej tej doktryny”. Kiedy słyszę sposób, w jaki niektórzy ludzie jej nauczają,
czasami muszę się z wami zgodzić.
Ale czy
potrzebujecie poznawać piękno Chrystusa? Czy potrzebujecie rozumieć chwałę
Chrystusa? Czy potrzebujecie doświadczać miłości Chrystusa? Jak najbardziej.
Kiedy byłem studentem
seminarium biblijnego i skończyłem studia, zadałem sobie pytanie: „Co
powinienem teraz robić? Jaką doktrynę powinienem studiować? Co naprawdę
powinienem starać się zrozumieć?” I od razu znałem odpowiedź: Poznać Chrystusa.
Poznać Jego. Chrystusa. Przez ponad trzydzieści pięć lat starałem się poznawać
Go w modlitwie. Mam prawdopodobnie ponad trzy tysiące stron własnoręcznie
zapisanych rzeczami, które zobaczyłem w Nim. Jego chwała jest nie do opisania. Jego
piękno nie ma dna, do którego moglibyśmy dotrzeć. To, co zrobił dla nas na
krzyżu, było jednocześnie tak cudowne i tak straszliwe. Kiedy został opuszczony
w ciemności przez trzy godziny. Jestem przekonany, że była to ciemność podobna
do tej, która spadła na Egipt.
Tak głęboka, że
nie mogłeś zobaczyć własnej dłoni przed twarzą. Jakby został zamknięty w
osobnym pomieszczeniu. Nie mógł spojrzeć i zobaczyć rozpaczy swojej matki ani
swoich uczniów.
Fala po fali
gniewu Boga przeciw grzechowi przechodziła nad Nim.
Gniew, który
powinien spaść na mnie. Gniew, na który ja zasłużyłem. Ktoś musiał zostać moim
zastępcą. Jego śmierć była tak mroczna. Nie ma niczego, co można z nią
porównać. A On zrobił to dla mnie. Trzeciego dnia powstał z grobu. Siedzi po
prawicy Ojca. Gdybyście tylko mogli zobaczyć choćby przebłysk Jego chwały — naprawdę
całkowicie by was to przemieniło. Dlaczego myślicie, że prorocy mówią takim
językiem? Dlaczego czasami mówią rzeczy, które wydają się niemal chaotyczne?
Bo nie mają
słów, żeby Go opisać. I to boli. Bo patrzą na lud Boży i chcą powiedzieć: „Gdybyście
tylko mogli Go zobaczyć! Gdybyście tylko mogli Go zobaczyć! On zawładnąłby
całym waszym życiem!” Właśnie dlatego Paweł mówi, że miłość Chrystusa nas
przymusza.
Greckie słowo
jest tutaj bardzo obrazowe. Wyobraźcie sobie, że po obu waszych stronach stoją
mury wysokie na pięć kilometrów. Na początku przestrzeń między nimi jest tak
szeroka jak ten budynek. Ale im dalej idziecie, tym bardziej się zwęża. Im
dalej wchodzicie w miłość Boga, tym bardziej mury się do siebie zbliżają. Coraz
bardziej. Aż w końcu zostaje tylko jedna droga, którą możecie iść.
Jesteście
więźniami. Nie więźniami grzechu. Jesteście uwięzieni przez coś o wiele
potężniejszego: miłość Chrystusa.
Paweł mówi: „Nie
byłem nieposłuszny niebiańskiemu widzeniu”. Temu, co zobaczył w Chrystusie. To
właśnie było źródłem wszystkiego. Dlatego studiujemy Pismo. Nie po to, żeby
zebrać mnóstwo zasad, dzięki którym będziemy mogli stać się bardziej czyści od
wszystkich innych. Nie po to, żeby stworzyć legalistyczny system i być dumnymi
z samych siebie. Studiujemy Pismo, żeby zobaczyć Chrystusa. Wołamy do Boga w
modlitwie. Wołamy, żeby dał nam zobaczyć Chrystusa. Im więcej widzimy w Nim, tym
bardziej wszystko inne znika.
Pozostaje On. Tylko
Jezus.
Nienawidzę
głosić. Czasami wydaje się to tak bezużyteczne. Tak niemożliwe jest Go opisać. Nie
ma słów. Nie ma słów dla tego piękna. Ta radość poznawania Go złamałaby was. Musicie
Go znać.
Musicie Go
znać. Potrzebujecie Go znać. Idźcie dalej. Poznawajcie Go. Kaznodziejo — musisz
Go znać. Musisz Go głosić. Szukaj Go. Pokazuj ludowi Bożemu piękno Chrystusa. Może
myślisz: „Bracie Paul, co właściwie robisz?” Ja jestem gotów zrobić o wiele
więcej niż to, co robię teraz. Błagam was: wołajcie do Pana. Proście Go: „Pokaż
mi swojego Syna” A wy, kaznodzieje — błagam was — odłóżcie na bok wszystkie te
głupie strategie dotyczące tego, jak sprawić, żeby kościół się rozrastał.
Poświęćcie
swoje życie poznawaniu Jego.
I czynieniu Go
znanym.
To boli. Ale
jest wspaniałe. To oczyszcza. Już teraz oczyszcza to miejsce. O Panie…
Spójrz na nas. Spójrz
na nas. Nie ma nikogo takiego jak Ty w niebie ani na ziemi. Nie ma nikogo
takiego jak Ty pod ziemią. A Twój Syn jest tak cudowny. On jest Barankiem,
który zwyciężył. Królem królów. Panem panów. Najpiękniejszym spośród tysięcy. Wysławiamy
Cię, Panie. Uwielbiamy Cię.
Chcemy głosić i wysławiać Twoje imię. O Panie, błogosław swój lud. Błogosław swój lud. Błogosław ich. Tak jak sługa zwracał oczy oblubienicy ku jej oblubieńcowi, tak Ty, Ojcze, zwróć oczy Oblubienicy Chrystusa ku swojemu Synowi.