Czy
kiedykolwiek byłeś zły na Boga? Zdezorientowany Nim? Sfrustrowany Nim?
Ja z
pewnością byłem, i to wiele razy, szczególnie po śmierci mojego syna.
Hiob
także. Słyszymy to w rozdziałach, kiedy
przeklina dzień swoich narodzin. „Dlaczego nie umarłem przy urodzeniu?” — jęczy
(3:11). Podobnie Jeremiasz „przeklął dzień, w którym się urodził” (Jer. 20:14).
Psalmista nawet powiedział Bogu, żeby odwrócił wzrok i zostawił go w spokoju:
„Odwróć ode mnie wzrok, abym się rozweselił, zanim odejdę i już mnie nie
będzie!” (Ps. 39:13).
Co jest nie tak z tymi ludźmi? Ich życie zostało zniszczone? Czują się opuszczeni przez Boga. Codzienna egzystencja jest potworna. To właśnie jest nie tak.
I
zbyt często to samo jest nie tak także z nami.
Więc
co robimy? To, co oni. Lamentujemy. Przekładamy nasz ból na prośby. Zapisujemy
nasze modlitwy krwią, potem i smarkami, gdy kulimy się w pozycji płodowej w
naszych ciemnych i wilgotnych zaułkach beznadziei.
Wołamy
w bólu, stracie, żałobie, zagubieniu, samotności, winie i wstydzie. Wołają
nasze łzy. Woła nasza krew. Wołają nasze ciała, tak jak sam Jezus wołał na
krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27:46).
Uczniowie
nie siedzą cały czas przy ogniskach, brzdąkając na gitarach i wychwalając
słodkiego Jezusa. Czasem rozbijamy sobie knykcie o drzwi nieba, wołając:
„Dlaczego? Gdzie jesteś? Jak długo jeszcze? Zostaw mnie w spokoju!”
Jak
długo to będzie trwało? Tylko Bóg wie. To, co wiemy, jest następujące: w nasze
najciemniejsze dni Jezus nas odnalazł, przyjął nas w swój łagodny i
uzdrawiający uścisk i będzie nas trzymał, gdy płaczemy, lamentujemy, zmagamy
się i czekamy na lepsze dni.
Chrystus
czyni to, co Chrystus zawsze czyni. Działa w nas, wraz z całym naszym
rozbiciem, lękiem i bólem, aby pokazać nam, że zawsze tam był. Tak blisko jak
nasze rany. Tak blisko jak nasze blizny. W Nim świta nadzieja jutra.
Chad Bird