Co kilka lat ta dyskusja
powraca. Czy kościoły powinny śpiewać pieśni pochodzące z Hillsong, Bethel,
Elevation i podobnych służb?
Niektórzy chrześcijanie
uważają, że odpowiedź jest oczywista: jeśli pieśń nie jest teologicznie
wadliwa, możemy ją śpiewać. Inni jednak twierdzą, że źródło pieśni ma takie
samo znaczenie jak jej treść. Nasz kościół należy do tej drugiej grupy.
Dlaczego? Ponieważ wierzymy, że pastorzy mają obowiązek uważnie zastanawiać się
nad tym, co stawiają przed Bożym ludem we wspólnym uwielbieniu.
Oto kilka powodów, dla których postanowiliśmy nie śpiewać pieśni pochodzących z tych służb — i dla których zachęcalibyśmy także innych, by ich nie śpiewali.
1. Jeśli nie poleciłbym ich
nauczania, nie powinienem polecać ich muzyki
Wyobraź sobie, że po
nabożeństwie podchodzi do ciebie członek kościoła i mówi: „Pastorze, chciałbym
dowiedzieć się więcej od Bethel. Jakie książki byś mi polecił?”.
Przypuszczam, że twoja
odpowiedź byłaby taka sama jak moja: żadnych.
Albo wyobraź sobie, że ktoś
inny podchodzi i mówi: „Ostatnio słucham Hillsong. Czy są jakieś kazania, które
mógłbyś mi polecić?”. Mam nadzieję, że odpowiedziałbyś tak samo jak ja:
„Zdecydowanie zachęcam cię, żebyś trzymał się z dala od ich służby kaznodziejskiej”.
Większość wiernych
ewangelikalnych pastorów odpowiedziałaby na takie pytania w ten sam sposób i
bez wahania. Nie polecalibyśmy ich książek, kazań, konferencji ani żadnej formy
ich służby nauczania.
To prowadzi mnie do pytania:
jeśli nie polecilibyśmy ich nauczania, dlaczego mielibyśmy polecać ich pieśni?
Śpiew jest przecież służbą nauczania w kościele (Kol 3:15; Ef 5:18–19).
Jeśli naprawdę wierzymy, że
takie służby jak Bethel i Hillsong nie są godnymi zaufania nauczycielami Słowa
Bożego, że promują poważne błędy teologiczne i niezdrowe praktyki służby, że
prowadzą niewierzących na manowce, a prawdziwych wierzących w stronę
osłabionego i pełnego kompromisów chodzenia z Panem — to dlaczego mielibyśmy
wkładać ich pieśni w usta zgromadzenia w każdą niedzielę?
W tym miejscu wielu
chrześcijan próbuje oddzielić muzykę od służby. Mówią: „Przecież nie popieramy
ich nauczania. Po prostu śpiewamy jedną z ich dobrych pieśni”.
Problem polega jednak na
tym, że każda pieśń działa jak rekomendacja — jeśli nie wprost, to przynajmniej
pośrednio.
Kiedy tydzień po tygodniu
wkładamy pieśni danej służby w usta naszej wspólnoty, komunikujemy — świadomie
lub nie — że jest to głos, którego warto słuchać. Książki, które polecamy,
konferencje, które promujemy, misjonarze, których wspieramy, i pieśni, które
śpiewamy, wszystkie komunikują zaufanie. Wszystkie w takim czy innym stopniu
działają jak forma poparcia.
Dobrą zasadą pomocną w
myśleniu o tej sprawie jest to: jeśli nie dałbym członkowi kościoła jednej z
ich książek, prawdopodobnie nie powinniśmy śpiewać ich pieśni we wspólnym
uwielbieniu.
2. Ludzie naprawdę idą za
muzyką z powrotem do służby, z której ona pochodzi
Ta obawa nie jest czysto
teoretyczna. Wielu chrześcijan otwarcie świadczy, że zetknęli się z Bethel,
Hillsong czy Elevation nie przez książki, konferencje albo media
społecznościowe, lecz właśnie przez ich muzykę uwielbieniową.
Świadectwa chrześcijan,
którzy przeszli taką drogę, są zdumiewająco spójne: pieśni nie są jedynie
pieśniami. Często działają jak bramy wejściowe. Nie powinno nas to dziwić. „Kto
chodzi z mądrymi, staje się mądry, lecz kto zadaje się z głupcami, poniesie szkodę”
(Prz 13:20). Głosy, które wielokrotnie zapraszamy do naszego życia,
nieuchronnie nas kształtują.
Co więcej, same Bethel i
Hillsong rozumieją tę rzeczywistość. Ich liderzy uwielbienia są często
zachęcani, by postrzegali siebie jako ostrze misyjnej włóczni — jako tych,
którzy przez muzykę wprowadzają ludzi w szerszą służbę.
Chodzi więc o prostą rzecz:
jeśli wierzymy, że dana służba naucza poważnego błędu, nie powinniśmy być
zdziwieni, gdy nasi ludzie w końcu pójdą śladem, który sami pomogliśmy im
odkryć.
3. Kiedy śpiewamy ich
pieśni, finansowo wspieramy ich służby
Zanim przejdę do tego
punktu, trzeba uczciwie przyznać, że wielu chrześcijan po prostu nie wie, jak
działa licencjonowanie muzyki. Dlaczego mieliby to wiedzieć? Dlatego jeśli
nigdy wcześniej nie zastanawiałeś się nad tą kwestią, nie czuj się źle. Z pewnością
nie zakładam złych motywacji u kościołów, które śpiewają te pieśni. Uważam
jednak, że ważne jest, aby rozumieć, jak działa ten system, żeby móc podejmować
świadome i roztropne decyzje.
Większość kościołów zgłasza
i licencjonuje muzykę uwielbieniową przez CCLI oraz podobne umowy licencyjne.
Za każdym razem, gdy śpiewamy, zgłaszamy, transmitujemy, powielamy albo
rozpowszechniamy pieśni objęte prawem autorskim, tantiemy — czyli pieniądze —
trafiają z powrotem do właścicieli praw.
Innymi słowy, nasze kościoły
nie tylko używają tych pieśni w uwielbieniu. One aktywnie finansują służby,
które je stworzyły.
To rodzi proste pytanie: czy
nasze kościoły powinny finansowo wspierać służby, które — jak wierzymy —
nauczają poważnego błędu doktrynalnego?
Wyobraź sobie, że odkrywasz,
iż twój kościół co miesiąc wysyła wsparcie finansowe służbie, która promuje
teologię sukcesu albo jakiś inny poważny błąd teologiczny. Większość pastorów
natychmiast by się temu sprzeciwiła, nawet gdyby chodziło o niewielką kwotę. A
jednak za każdym razem, gdy kościół śpiewa pieśni pochodzące z tych służb,
pieniądze z naszych ofiar płyną do ich kas. To jest problem.
Kwoty mogą być niewielkie, a
mechanizm pośredni, ale zasada pozostaje ta sama. Pieniądze są formą
partnerstwa. Paweł dziękował Filipianom za ich „udział w Ewangelii” właśnie ze
względu na ich finansowe wsparcie (Flp 1:5). Wsparcie finansowe nigdy nie jest
jedynie finansowe. Jest wyrazem wspólnych priorytetów i wspólnej misji.
Dlatego kościoły powinny
dobrze się zastanowić, zanim użyją wspólnego uwielbienia jako środka
finansowego wspierania służb, których w żadnym innym przypadku by nie poleciły.
4. Pastorzy nie mogą wiązać
sumień bez biblijnego uzasadnienia
W każdą niedzielę rano
pastorzy wzywają Boży lud do udziału we wspólnym uwielbieniu. Prosimy ich, aby
się modlili, wyznawali grzechy, śpiewali i słuchali Słowa Bożego. Czyniąc to,
wiążemy ich sumienia. Nie tylko sugerujemy, by nasi ludzie uczestniczyli w tych
czynnościach. Wymagamy tego na podstawie jasnego nauczania Pisma. To ogromna i
bardzo poważna odpowiedzialność.
Co istotne, pastorzy muszą
rozumieć, że nie posiadają żadnego autorytetu, by wymagać od Bożego ludu
czegokolwiek poza tym, co wynika ze Słowa Bożego. Każdy element nabożeństwa
powinien przejść prosty test: czy mogę z przekonaniem stanąć przed Bogiem i Jego
ludem, wiedząc, że to, o co ich proszę, jest biblijne?
Mogę z przekonaniem prosić
wierzących, by śpiewali psalmy, hymny i pieśni duchowe. Mogę z przekonaniem
prosić ich, by chwalili Pana i zanosili do Niego prośby w modlitwie. Mogę z
przekonaniem prosić ich, by jednym sercem i jednym umysłem wyznawali biblijną
prawdę.
Nie mogę jednak z takim
samym przekonaniem wymagać od nich, by śpiewali pieśni stworzone przez służby,
które — jak wierzę — nauczają poważnego błędu teologicznego.
Pytanie nie brzmi: czy każdy
tekst, który śpiewamy, jest ortodoksyjny? Pytanie brzmi: czy Pismo upoważnia
mnie, pastora, do postawienia mojej wspólnoty w sytuacji, w której musi
oddzielać zdrowe słowa pieśni od niezdrowej służby, z której ta pieśń pochodzi?
Nie wierzę, że Pismo daje mi takie upoważnienie.
Dobra wiadomość jest taka,
że wcale nie musimy stawiać się w takiej sytuacji. Żyjemy w czasach
zawstydzającego wręcz bogactwa muzycznego. Kościół odziedziczył całe wieki
wiernej hymnodyki, a z każdym rokiem biblijnie zdrowe służby tworzą coraz
więcej nowych pieśni, które są jednocześnie piękne i biblijne.
Nie brakuje doskonałej
muzyki, którą Boży lud może śpiewać. Nie jesteśmy więc zmuszeni wybierać między
śpiewaniem Bethel, Hillsong czy Elevation a przeciętną muzyką uwielbieniową.
Mamy do dyspozycji tysiące pięknych i biblijnych pieśni — pieśni tworzonych
przez wiernych chrześcijan i wierne kościoły, które nie wymagają od nas
kompromisu w naszych przekonaniach teologicznych i duszpasterskich.
5. Wiele ich pieśni jest
zaprojektowanych do wykonania scenicznego, a nie do śpiewu całego zgromadzenia
Jest jeszcze jedna obawa,
często pomijana: większość tych pieśni nie sprzyja wspólnemu śpiewowi
zgromadzenia.
Żeby było jasne, nie
twierdzę, że każda pieśń Hillsong, Bethel czy Elevation jest niemożliwa do
zaśpiewania. Niektóre są całkiem przystępne. Ale jako całość służby te tworzą
muzykę w środowisku i z celem, który zasadniczo różni się od Bożego zamysłu dla
lokalnego kościoła. Tym celem jest występ.
Ich pieśni są często pisane
przez profesjonalnych muzyków, wykonywane przez wysoko wykwalifikowanych
wokalistów, z towarzyszeniem pełnych zespołów, i projektowane z myślą o
wielkich wydarzeniach uwielbieniowych, nagraniach oraz transmisjach. W
rezultacie wiele z nich ma szeroką skalę wokalną, trudne melodie, długie partie
instrumentalne i aranżacje, które w dużej mierze zależą od umiejętności muzyków
prowadzących śpiew — czyli profesjonalistów na scenie.
Ale wspólne uwielbienie nie
jest koncertem. Paweł mówi wierzącym, aby „przemawiali do siebie nawzajem przez
psalmy, hymny i pieśni duchowe” (Ef 5:19). Śpiew jest jednym z głównych
sposobów, w jaki kościół naucza, zachęca i buduje ciało Chrystusa. Z tego powodu
pastorzy i liderzy uwielbienia powinni dawać pierwszeństwo pieśniom, które
zwykli chrześcijanie mogą śpiewać pewnie i z radością. Najlepsze pieśni na
niedzielne nabożeństwo pozwalają całemu zgromadzeniu wspólnie podnieść głos.
Kiedy kościół wypełnia
nabożeństwa pieśniami, które skutecznie mogą poprowadzić tylko utalentowani
muzycy, zgromadzenie stopniowo staje się publicznością, zamiast być żywym
narzędziem uwielbienia. Powinniśmy dążyć do czegoś lepszego, wybierając pieśni,
które zapraszają cały kościół do wspólnego śpiewu.
Zakończenie
Niektórzy czytelnicy zobaczą
te argumenty i uznają, że opowiadam się za czymś w rodzaju testu absolutnej
czystości dla całej muzyki uwielbieniowej: „Jeśli pieśń zawiera choćby
najmniejszą teologiczną niedoskonałość, wyrzuć ją! Jeśli autor pieśni
kiedykolwiek mylił się w jakiejkolwiek sprawie, zakaż tej pieśni!”.
Nic nie mogłoby być dalsze
od prawdy.
Nie istnieje coś takiego jak
doskonała pieśń albo bezbłędny śpiewnik. Gdybyśmy każdą pieśń badali z
wystarczającą drobiazgowością, prawdopodobnie znaleźlibyśmy sformułowania,
które ujęlibyśmy inaczej, akcenty, które byśmy przesunęli, albo niuanse teologiczne,
które chcielibyśmy wyrazić jaśniej.
Problem nie polega na tym,
czy pieśń — albo służba, która ją stworzyła — jest całkowicie wolna od
teologicznych skaz. Problem polega na tym, czy powinniśmy świadomie i
wielokrotnie dawać platformę, promować i finansowo wspierać służby, które
nauczają poważnego i uporczywego błędu doktrynalnego.
Jedna kropla brudu w
szklance wody to jedno. Odkrycie, że sama studnia jest skażona, to coś zupełnie
innego.
Nie twierdzę, że każda pieśń
musi spełniać niemożliwy standard teologicznej doskonałości. Twierdzę, że
pastorzy i liderzy uwielbienia powinni wykazywać się mądrością, wybierając
studnie, z których tydzień po tygodniu czerpią wodę.
Wszystko, do czego zachęcam pastorów i liderów uwielbienia, sprowadza się do słów: „Wszystko badajcie, a trzymajcie się tego, co dobre” (1 Tes 5:21). Nie badajcie tylko pieśni. Badajcie także służby, które za nimi stoją. A tam, gdzie istnieje poważny błąd, wybierajcie muzykę z ogromnego skarbca wiernych pieśni, które Bóg już dał swojemu Kościołowi.
Sean DeMars