Jeśli nie głosimy sobie
każdego dnia – każdego dnia bez wyjątku – prawdy o krzyżu Chrystusa, bardzo
szybko zaczynamy wracać do przekonania, że podstawą naszego zbawienia jest
wiara plus nasze uczynki. Zaczynamy myśleć, że Chrystus zrobił swoje, ale
ostatecznie wszystko zależy od nas.
Przypomina mi się znane
pytanie ewangelizacyjne:
„Gdybyś umarł dziś wieczorem
i stanął przed bramą nieba, a zapytano cię, dlaczego powinieneś zostać wpuszczony,
co byś odpowiedział?”
Jeśli odpowiedź zaczyna się od pierwszej osoby – „bo ja uwierzyłem”, „bo miałem wiarę”, „bo byłem wierny”, „bo wytrwałem” – już zeszliśmy z właściwej drogi.
Jedyna prawidłowa odpowiedź
zaczyna się od trzeciej osoby:
„Bo On.”
Bo On umarł za mnie.
Bo On mnie zbawił.
Pomyślmy o łotrze
ukrzyżowanym obok Jezusa. Nie mogę się doczekać dnia, kiedy go spotkam i
zapytam:
– Jak to się właściwie
stało?
Przecież jeszcze chwilę
wcześniej wraz z drugim złoczyńcą znieważałeś Jezusa. Nigdy nie uczestniczyłeś
w studium biblijnym. Nigdy nie zostałeś ochrzczony. Nie należałeś do żadnego
kościoła. Nie znałeś praktycznie nic z chrześcijańskiej doktryny. A jednak
jesteś tutaj.
Wyobrażam sobie, że anioł
przy bramie nieba pyta go:
– Co ty tutaj robisz?
– Nie wiem...
– Jak to nie wiesz?
– Naprawdę nie wiem.
Anioł sprowadza
przełożonego.
– W porządku. Zadamy ci
kilka pytań. Czy rozumiesz naukę o usprawiedliwieniu przez wiarę?
– Nigdy w życiu o tym nie
słyszałem.
– A co z nauką Pisma
Świętego?
Łotr patrzy tylko z
zakłopotaniem. W końcu anioł, już nieco zniecierpliwiony, zadaje najważniejsze
pytanie:
– To na jakiej podstawie
tutaj jesteś?
A on odpowiada:
„Człowiek z pośrodku
powiedział, że mogę przyjść.”
To jedyna odpowiedź.
To naprawdę jedyna
odpowiedź.
Jeżeli każdego dnia nie
głoszę samemu sobie Ewangelii, wcześniej czy później zacznę pokładać ufność w
sobie. Zacznę ufać własnym doświadczeniom, własnej duchowości, własnym
osiągnięciom. A to jest część naszej upadłej natury.
Kiedy odwracam wzrok od
krzyża, mogę nadal ustami wyznawać, że ofiara Chrystusa jest wystarczająca.
Jednocześnie jednak będę żył tak, jakby moje zbawienie ostatecznie zależało ode
mnie.
A taka droga prowadzi zawsze
do jednego z dwóch miejsc.
Albo do głębokiej rozpaczy,
bo nigdy nie będę wystarczająco dobry.
Albo do duchowej pychy,
przekonania, że radzę sobie całkiem nieźle i mam się czym pochwalić.
Tylko krzyż Chrystusa
rozprawia się z obiema tymi skrajnościami. Krzyż odpowiada zarówno na najgłębszą
rozpacz grzesznika, jak i na wyniosłą pychę człowieka, który uważa, że potrafi
sam sobie poradzić.
Dlatego możemy śpiewać:
„Ponieważ bezgrzeszny
Zbawiciel umarł, moja grzeszna dusza została uznana za wolną. Bóg, który jest
sprawiedliwy, jest usatysfakcjonowany, patrząc na Niego, i przebacza mnie.”
Właśnie dlatego Marcin Luter
mówił, że większość naszego chrześcijańskiego życia znajduje się – w pewnym
sensie – poza nami. Nasza nadzieja nie spoczywa w naszych dobrych uczynkach ani
w naszych religijnych deklaracjach.
Jesteśmy zbawieni wyłącznie dzięki temu, czego dokonał Chrystus.