Witamy ponownie w podcaście
Ask Pastor John. Pastorze Johnie, opowiadałeś mi niedawno o rozmowie z
człowiekiem, który zastanawiał się, czy może przebaczyć swojemu ojcu, skoro
ojciec nawet nie przyznaje, że zrobił coś, co wymaga przebaczenia.
Powiedziałeś, że w miarę rozwoju tej rozmowy okazała się ona bardzo owocna
zarówno dla ciebie, jak i dla niego. Czy możesz nas wprowadzić w tę rozmowę i
wyjaśnić, dlaczego była tak pomocna oraz czego wszyscy możemy się z niej
nauczyć na temat przebaczania innym?
Powodem, dla którego ta rozmowa okazała się tak pomocna, było to, że zobaczyłem jej konsekwencje dla własnego życia oraz relacji z żoną, dziećmi i współpracownikami. Zacząłem dostrzegać jej echo właściwie wszędzie.
Bardzo często dzieje się ze
mną właśnie tak, kiedy próbuję pomóc komuś, kto przychodzi do mnie z pytaniem
dotyczącym problemów w relacjach. Jestem wtedy zmuszony zastosować te same
prawdy do siebie. W rezultacie wnioski nie pozostają czymś czysto teoretycznym
ani czymś, co dotyczy tylko innych ludzi, lecz stają się pilne również dla
mnie.
Tak było właśnie tym razem i
dlatego ten temat jest teraz dla mnie szczególnie żywy.
Pełne przebaczenie
Pierwszą rzeczą, którą
poczułem się zobowiązany mu powiedzieć, było to:
Tak, najpełniejsze
doświadczenie przebaczenia obejmuje sytuację, w której druga osoba uznaje zło,
które ci wyrządziła, pokutuje i prosi o przebaczenie.
Kiedy tak się dzieje, wtedy
ty, z łaski, dobrowolnie udzielasz przebaczenia ze względu na to, co Chrystus
uczynił dla ciebie. Wtedy zarówno poczucie doznanej krzywdy, jak i sama krzywda
zostają odłożone na bok, pozostawione i więcej się do nich nie wraca.
To jest pełne, rzeczywiste
przebaczenie.
Jezus mówi o tym w Łukasza
17:3–4: „Jeśli twój brat zgrzeszy przeciwko tobie, strofuj go, a jeśli będzie
żałował, przebacz mu. I jeśli siedem razy na dzień zgrzeszy przeciwko tobie i
siedem razy na dzień zwróci się do ciebie, mówiąc: Żałuję tego — przebacz mu”.
Miłuj swoich nieprzyjaciół
Jednak mój przyjaciel nie
pytał o taką sytuację ani o to, skąd wziąć łaskę, by siedem razy przebaczyć
komuś, kto siedem razy pokutuje.
Pytał: Co zrobić z ojcem,
który w ogóle nie uznaje, że zrobił coś złego, a więc nie pokutuje i nie prosi
o przebaczenie?
Czy w takiej sytuacji
przebaczenie w ogóle ma sens?
Jak się w tym odnaleźć?
Powiedziałem mu, że oprócz
przebaczenia istnieją przynajmniej dwie inne biblijne kategorie, które trzeba
tutaj uwzględnić.
Pierwszą z nich nazwę
miłością wobec nieprzyjaciela.
Mówiąc „miłość wobec
nieprzyjaciela”, nie mam na myśli wyłącznie kogoś, kto otwarcie ogłosił się
naszym wrogiem. Mam na myśli także współmałżonka, syna, córkę czy — jak w tym
przypadku — ojca, którzy w danej chwili zachowują się wobec nas jak przeciwnik.
Ranią cię tak, jak mógłby
zranić cię wróg.
Nie są twoimi wrogami w
pełnym tego słowa znaczeniu, ale w danej chwili zachowują się wobec ciebie
wrogo.
Biblia nie mówi w takiej
sytuacji jedynie o przebaczeniu. Mówi również o miłości wobec nieprzyjaciół.
Jezus powiedział: „Miłujcie
waszych nieprzyjaciół, błogosławcie tych, którzy was przeklinają, czyńcie
dobrze tym, którzy was nienawidzą, i módlcie się za tych, którzy wam wyrządzają
zło i prześladują was”
(Mateusza 5:44).
Piotr podejmuje tę samą myśl
w 1 Piotra 3:9: „Nie oddawajcie złem za zło ani obelgą za obelgę. Przeciwnie,
błogosławcie, gdyż do tego zostaliście powołani, abyście odziedziczyli
błogosławieństwo”.
A więc tutaj otrzymujemy
wskazówkę, jak odnosić się do człowieka, który nie pokutuje, nie uznaje, że
zrobił coś złego — a być może nawet wie, że nas krzywdzi, i jest z tego
zadowolony.
Odpowiedź brzmi:
Nie oddawaj złem za zło.
Przeciwnie — błogosław go.
Nie jest to więc kwestia
najpełniejszego rodzaju przebaczenia.
Można by to może nazwać
jednostronnym przebaczeniem.
Chrześcijanin decyduje, że
nie będzie wymierzał kary, lecz będzie traktował drugą osobę lepiej, niż ona na
to zasługuje — w pewnym sensie tak, jakby nie został skrzywdzony.
Znoście jedni drugich
Drugą kategorią, obok
przebaczenia i miłości do nieprzyjaciół, jest znoszenie, cierpliwe
wytrzymywanie.
Kolosan 3:12–13 mówi: „Tak
więc jako wybrani Boga, święci i umiłowani, przyobleczcie się w serdeczne
miłosierdzie, dobroć, pokorę, łagodność, cierpliwość; znosząc jedni drugich”.
Stare tłumaczenie King James
mówi: „wytrzymując jedni drugich”, czyli innymi słowy — znosząc.
Paweł mówi w 1 Koryntian
13:7: „Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa,
wszystko przetrzyma”.
Miłość zatem nie tylko
przebacza, kiedy druga osoba pokutuje, i nie tylko błogosławi, kiedy jesteśmy
ranieni.
Miłość również znosi.
Wytrzymuje.
Zarówno Piotr, jak i Jakub
nazywają to zakrywaniem mnóstwa grzechów (Jakuba 5:20; 1 Piotra 4:8).
Miłość zakrywa mnóstwo
grzechów. Po prostu je zakrywa i znosi.
One nie znikają. Ty po
prostu je znosisz i zakrywasz.
O czym nikt nie wie
W tym momencie naszej
rozmowy stało się jasne, że jedną z głównych przeszkód w przebaczaniu,
znoszeniu, odpłacaniu dobrem za zło i błogosławieniu tych, którzy nas ranią,
jest to, że jeśli naprawdę zaczniemy tak postępować — jeśli naprawdę będziemy
odpłacać dobrem za zło, a nie robić tego w manipulacyjny sposób, który tak
naprawdę ma zwrócić uwagę na winę drugiego człowieka, lecz będziemy szczerze
błogosławić, traktując tę osobę z serca z życzliwością i nadzieją — to bardzo
niewiele osób, a być może nikt, nie będzie wiedział, że zostaliśmy skrzywdzeni.
I właśnie tutaj pojawia się
trudność. Jeśli odpłacamy dobrem za zło, nie chodzimy naburmuszeni. Nie mamy
smutnej miny. Nie opuszczamy demonstracyjnie ramion. Nie zamykamy się w ponurym
milczeniu. Nie zwracamy uwagi innych na nasze zranienie. Zachowujemy się
pogodnie, z nadzieją i łaskawością. I nikt może nawet nie zauważyć, że
zostaliśmy obrażeni, poniżeni, zranieni czy oszukani.
I tutaj leży problem: niemal
wszystko w mojej grzesznej duszy buntuje się przeciwko temu. Chcemy, żeby
ludzie wiedzieli, że zostaliśmy skrzywdzeni. Chcemy, żeby nam współczuli albo
przynajmniej okazali zrozumienie. Chcemy, żeby zauważyli, jak szlachetny
wysiłek podejmujemy, próbując odpłacać dobrem za zło pomimo tego, jak wiele nas
to kosztuje. A chyba najbardziej ze wszystkiego chcemy, żeby osoba, która nas
zraniła, wiedziała, że nas zraniła. Nie chcemy zachowywać się tak, jakby nic
się nie stało.
Nie chcemy sprawiać
wrażenia, że bagatelizujemy fakt, iż ktoś nas zranił, obraził, poniżył,
niesprawiedliwie skrytykował albo zdradził.
I wszystko to staje się
ogromną przeszkodą w posłuszeństwie Panu, kiedy mówi: „Nie oddawajcie złem za
zło, lecz błogosławcie tych, którzy wyrządzają wam krzywdę” (por. Łukasza
6:27–28; 1 Tesaloniczan 5:15).
Jak realny jest dla nas Bóg?
I tutaj dochodzimy do sedna.
Właśnie nad tym obecnie sam pracuję i próbuję przełożyć to na stan własnego
serca.
Oto kluczowa rzecz, która
bardzo mocno mnie przekonała: Jak ważny i jak wystarczający jest dla nas fakt,
że Bóg wie, iż zostaliśmy zranieni?
Bóg rozumie.
Bóg zwraca na nas uwagę.
Bóg współczuje nam.
Jest miłosiernym
Arcykapłanem.
Czy to wystarczy?
Ta sytuacja pokazała mi, jak
bardzo moje serce skłonne jest orientować się bardziej na innych ludzi niż na
Boga. Naszą wielką potrzebą — moją wielką potrzebą — jest to, aby Bóg był dla
mnie bardziej realny niż inni ludzie.
Kiedy Bóg widzi, że
odpłacamy dobrem za zło, On wie wszystko.
Wie, że zostaliśmy
znieważeni.
Wie, że potraktowano nas
niesprawiedliwie.
Wie, że nas oszukano.
Wie o wszystkim.
I współczuje nam.
Zwraca na nas uwagę.
Widzi, że odpłacamy dobrem
za zło mimo krzywdy, która została nam wyrządzona.
Widzi, że jesteśmy Mu
posłuszni.
Widzi, że kochamy naszego
przeciwnika.
1 Piotra 2:19 mówi: „To
bowiem podoba się Bogu, jeśli ktoś ze względu na sumienie wobec Boga znosi
smutki i cierpi niesprawiedliwie”.
Bóg ma w tym upodobanie. W
takiej chwili podobamy się Bogu.
I najważniejszym tekstem, z
którym — jak sądzę — musimy się zmierzyć, jest 1 Piotra 2:23: „Gdy mu
złorzeczono, nie odpowiadał złorzeczeniem, gdy cierpiał, nie groził, ale
powierzał sprawę temu, który sądzi sprawiedliwie”.
Dlatego pytanie, które
stawiam sobie, mojemu przyjacielowi i każdemu, kto znajduje się w podobnej
sytuacji, brzmi:
Czy wystarczy nam to, że Bóg
zna nasz smutek? Czy wystarczy, że Bóg zna nasz ból? Że zna nasze
rozczarowanie? Naszą frustrację? Czy możemy całkowicie powierzyć swoją sprawę
Bogu? Czy możemy iść dalej, traktując innych lepiej, niż oni traktują nas,
nawet jeśli oznacza to, że tylko Bóg będzie wiedział, co naprawdę się wydarzyło
i ile nas to kosztowało?
Właśnie tak realny musi stać
się dla nas Bóg.