Kiedy nasza rodzina przeżyła pożar domu w 2021 roku, mieliśmy wrażenie, jakby cały nasz świat stanął na głowie. Mnie, mojemu mężowi i trójce małych dzieci udało się bezpiecznie wybiec na zewnątrz — wraz z naszym nowym szczeniakiem — ale nasz dom nie zdołał ujść płomieniom. Tygodnie i miesiące, które nastąpiły po przymusowej wyprowadzce, były pełne dezorientacji; ze względu na dzieci staraliśmy się utrzymać codzienną rutynę. Jednak odbudowywanie naszego życia i domu było niewiarygodnie trudne. Tryb przetrwania bardzo szybko przerodził się w zmęczenie sięgające aż do kości.
„Przynajmniej
nikomu nic się nie stało” — mówili ludzie. — „Mogło być gorzej. Ktoś mógł
zginąć!” Oczywiście byłam niezmiernie wdzięczna, że nie było gorzej —
wdzięczna, że Bóg sprawił, iż blask ognia zwrócił uwagę mojego męża. Byłam
wdzięczna, że nie dopuścił do zawalenia się sufitu, dopóki nie zdołaliśmy
uciec; wdzięczna, że posłał sąsiadów, strażaków i naszą rodzinę kościelną, by
przyszli nam z pomocą. Było tak wiele powodów do wdzięczności — i rzeczywiście
byliśmy wdzięczni. Ale ten fakt nie usuwał trudności, z jakimi mierzyliśmy się
po tej stracie.
W jaki
sposób Słowo Boże pomaga nam głębiej myśleć o reagowaniu na cierpienie —
szczególnie wtedy, gdy wydaje się ono „mniejsze” niż możliwe „gorsze”
scenariusze? Czy mądrze jest zestawiać realne cierpienie z hipotetycznymi
wynikami? I czy takie podejście rzeczywiście pomaga ludziom zbliżać się do Boga
w ich potrzebie? Gdy troszczymy się o ludzi w takich sytuacjach, Pismo pokazuje
nam, że nie musimy omijać rzeczywistości w imię wdzięczności. Możemy pomóc im
nazwać to, co w ich życiu jest trudne, nie zdradzając przy tym wdzięczności za
Bożą łaskę.
Skutki
umniejszania cierpienia
Trzeba
przyznać, że często trudno jest wiedzieć, co powiedzieć, gdy słyszymy o czyjejś
próbie. Odpowiedzi w rodzaju „przynajmniej” albo „mogło być gorzej” mogą być
próbą dostrzeżenia jakiegoś promyka światła. W końcu zawierają one pewną
cząstkę prawdy; chwała Bogu, Jego łaska rzeczywiście powstrzymuje zło w naszym
życiu (zob. 2 Tes. 2:6–7)! Jednak takie odpowiedzi nie zawsze są współczujące.
Potrafią „ucinać rozmowę” i pozostawiać cierpiących z pytaniem: Czy to powinno
być dla mnie łatwiejsze, niż w rzeczywistości jest?
Czasem,
gdy próbujemy nadać trudnemu doświadczeniu bardziej pozytywny wydźwięk, kończy
się to umniejszeniem cierpienia i niewypowiedzianym wstydem. Niezamierzone
skutki mogą być dwojakie: cierpiący mogą przestać czuć się przy nas swobodnie
na tyle, by mówić otwarcie, a także mogą „przestać czuć się uprawnieni do
wylewania swoich serc przed Panem”. W ten sposób nasza skłonność do
pomniejszania trudności może również zniechęcać do szczerego lamentu, prowadząc
cierpiących do przekonania, że jedyne modlitwy, jakie Bóg przyjmuje, to
modlitwy pozytywne. Kiedy „śpiewamy pieśni ciężkiemu sercu” (Przyp. 25:20),
nieświadomie zachęcamy cierpiących do tłumienia żalu, zamiast do wyrażania go w
modlitwie.
Jezus
ukazujący żal i wdzięczność
Być
może jednym z powodów, dla których plączemy się w słowach, gdy wydaje się, że
„mogło być gorzej”, jest to, że nosimy w sobie fałszywe założenie. Wydaje nam
się, że strapiony duch musi oznaczać niewdzięczny duch, albo że żal nie
pozostawia miejsca na prawdziwą wdzięczność. Ale to, że czasem tak bywa, nie
znaczy jeszcze, że tak jest z każdym ciężkim sercem. Gdy przyglądamy się życiu
Jezusa, widzimy, że można mieć równocześnie i ducha wdzięczności, i ducha
smutku.
W 11.
rozdziale Ewangelii Jana widzimy Jezusa płaczącego przy grobie Łazarza,
„głęboko poruszonego w duchu i wzburzonego” (ww. 32, 35). A jednak chwilę
później modli się: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś Mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że
Mnie zawsze wysłuchujesz…” (ww. 41–42). I przy ostatniej wieczerzy ponownie
widzimy Jezusa „poruszonego w duchu” (Jan 13:21) — a jednak znów dziękuje Ojcu
w modlitwie (zob. Mat. 26:27; Łuk. 22:19). Oczywiście Chrystus wiedział, że
Jego cierpienie stanie się znacznie większe na krzyżu (Mar. 8:31), ale ta
wiedza nie umniejszała rzeczywistości Jego obecnej udręki. Nawet w swoich
„mniejszych” smutkach widzimy Jezusa jednocześnie zasmuconego i wdzięcznego;
poruszonego, lecz bez grzechu; pełnego dziękczynienia, lecz bez udawania.
Wdzięczność
nie pomniejszała żalu Chrystusa, lecz wzrastała obok niego, gdy z ufnością
modlił się do Ojca. W Nim widzimy, że cierpienie i dziękczynienie mogą
współistnieć bez sprzeczności.
Równoległe
tory chrześcijańskiego życia
Mój
pastor kiedyś porównał życie chrześcijańskie do pociągu jadącego po dwóch
równoległych torach: cierpienia i błogosławieństwa. Zauważył, że jedziemy po
obu torach jednocześnie; pociąg nie ruszyłby naprzód, gdyby jeden z nich
usunięto. Kiedy ktoś opowiada nam o swoim cierpieniu, musimy pamiętać, że
jedzie on po obu tych szynach naraz. Niektóre dobrze brzmiące zdania
spłaszczają tę rzeczywistość, sprawiając wrażenie, jakby trzeba było zaprzeczyć
jednemu torowi, aby potwierdzić drugi. Tymczasem biblijna wiara odmawia
dokonywania takiego wyboru: cierpienie jest realne i gorzkie, a Boże
błogosławieństwa w Chrystusie są realne i podtrzymujące.
Jeśli
więc oba tory są zawsze obecne, co możemy powiedzieć człowiekowi, którego ból
„mógłby być gorszy” — ale i tak jest naprawdę ciężki? Gdy patrzymy na Jezusa,
szukając mądrości, widzimy, że możemy zaproponować modlitwę już w tej samej
chwili. Może to być tak proste, jak powiedzenie: „Bardzo mi przykro z powodu
tego, przez co przechodzisz. Czy mogę pomodlić się teraz z tobą o tę sprawę?”
Nie próbujesz w ten sposób rozwiązać jego bólu. Nie próbujesz też skłonić go,
by spojrzał na „jaśniejszą stronę życia”. Raczej spotykasz go w jego ciężarze i
pomagasz mu zanieść go do Ojca, pokazując, że Bóg przyjmuje nie tylko modlitwy
pogodne, ale i te rozpaczliwe.
Wiara
nie zmusza nas do wyboru między szczerym żalem a autentyczną wdzięcznością.
Możemy przynosić przed Boga to, co bolesne, a jednocześnie radować się Jego
dobrocią i łaską. A kiedy inni mówią nam o swoich trudnościach, dobrze im
służymy, pomagając im czynić to samo. Nie musimy umniejszać bólu, aby wywyższyć
łaskę.
Christine M. Chappell