Równowaga jest tutaj słowem
kluczowym. Owoce są ważne, ale są potwierdzeniem, nie podstawą.
Doświadczenie może być ważne, ale tylko jako potwierdzenie.
Dam wam przykład. Kiedy mój
syn miał około dziesięciu lat, któregoś ranka przyszedł do mnie i powiedział:
„Tato, chyba całą noc nie spałem.” Zapytałem: „Dlaczego?” Odpowiedział: „Tato,
obecność Boga, radość, obecność Boga była tak realna, że nie mogłem spać. Ta
radość była niesamowita. Myślę, że Bóg mnie zbawił.”
Gdy pracuję z dziećmi, zawsze najpierw je utwierdzam. Powiedziałem: „To cudowne. Cieszę się z tobą. Ale ponieważ jesteś jeszcze taki młody, a to w twoim wieku jest czymś niezwykłym, chcę dalej cię prowadzić w uczniostwie. Nie dlatego, że ci nie wierzę, ale dlatego, że to tak niezwykłe w twoim wieku. Idźmy dalej.”
I tak robiliśmy. Około rok
później schodziłem do piwnicy, żeby ćwiczyć martwy ciąg, a on wychodził z
piwnicy i powiedział: „Tato.” Odpowiedziałem: „Tak?” Powiedział: „Pamiętasz,
jak mówiłem ci o tamtym doświadczeniu?” Odpowiedziałem: „Tak, synu.” A on
powiedział: „To było prawdziwe. Naprawdę było. Ale czytałem Ewangelię Jana i
teraz wiem coś więcej.” Zapytałem: „Co wiesz?” A on odpowiedział: „Nie
jesteś zbawiony dlatego, że masz dowody w postaci jakiegoś cudownego
doświadczenia obecności Boga i radości. Jesteś zbawiony dlatego, że okazuje
się, że wierzysz wyłącznie w Chrystusa.”
Widzicie?
A jeśli chodzi o owoce, chcę,
żebyście zrozumieli to: jesteśmy zbawieni, ponieważ patrzymy do wewnątrz i nie
znajdujemy żadnej nadziei w sobie. Bo przecież zdajecie sobie sprawę, że
gdybyście mieli zbawić się przez owoce, to musiałyby to być owoce doskonałe i
nieprzerwane od urodzenia aż do śmierci. Owoce są cudowną rzeczą, ale żadna
ilość owoców nie może nas zbawić. Żadne uczynki sprawiedliwości nie mogą nas
zbawić.
Pierwsze pytanie, jakie
musimy sobie zadać, brzmi: czy patrzę do wewnątrz i znajduję jakąkolwiek
nadzieję zbawienia w sobie albo w swoich uczynkach? Jeśli tak, to trzeba
duszpasterskiej rozmowy — istnieje spora szansa, że jesteśmy zgubieni.
Jeśli jednak potrafimy
powiedzieć: „Nie znajduję żadnej nadziei zbawienia w sobie, ale znajduję
nadzieję wyłącznie w osobie Chrystusa i w Jego dziele dokonanym dla mnie”,
wtedy zadajemy sobie kolejne pytanie: czy naprawdę w to wierzymy? Czy
nauczyliśmy się tego jak papuga, czy to jest realne?
I tego ktoś nie może
rozstrzygnąć za ciebie. Może tylko stawiać przed tobą Pismo za Pismem, fragment
za fragmentem. Wielu ludzi przychodzi po poradę i chce, żeby kaznodzieja
rozstrzygnął za nich, czy są zbawieni. To nie jest rola kaznodziei. Jego rolą
jest stosować Pismo, Pismo i jeszcze raz Pismo, a Duch Boży ma użyć tego Pisma.
Jeśli nie znajdujesz żadnej
nadziei w sobie, a znajdujesz pocieszenie i pokój w fakcie, że Chrystus umarł i
zmartwychwstał, to stoisz na dobrym gruncie. Ale potem trzeba zapytać: co
wydała wiara, którą mam?
I najważniejszą rzeczą,
której trzeba szukać ponad wszystko, jest skrucha i zależność, a nie
sukces, nie wielka ilość owoców, lecz skrucha.
Dam wam przykład. Byłem
kiedyś w Rumunii — wieki temu — i przyszedł do mnie pewien młody człowiek. Nie
miał pewności zbawienia. Był całkowicie rozbity. Powiedziałem: „Przejdźmy przez
1. List Jana.” Przeszliśmy przez cały 1. List Jana. Powiedziałem: „Przejdźmy
przez inne teksty.” Przeszliśmy przez kolejne fragmenty. W końcu zapytałem:
„Gdzie jesteś?” Odpowiedział: „Nie mam żadnej pewności.”
Szliśmy dalej, dalej i dalej.
W końcu powiedziałem mu: „Słuchaj, chcę, żebyś dziś wieczorem nie wracał do
kościoła.” Zapytał: „Dlaczego?” Powiedziałem: „Czy znasz jakieś bary,
dyskoteki, miejsca, gdzie można po prostu dać się ponieść grzechowi?” To była
Europa. Odpowiedział: „Tak.” A ja powiedziałem: „Chcę, żebyś tam poszedł.”
Zapytał: „Dlaczego?”
Odpowiedziałem: „Chcę, żebyś tam poszedł grzeszyć. Przecież nie masz żadnej
pewności. Sam powiedziałeś, że jesteś bez nadziei. Więc idź, grzesz z całej
siły. Jedz, pij, grzesz. Jutro umrzesz, więc może przynajmniej będziesz miał
trochę radości.”
A on powiedział: „Nie mogę
tego zrobić.”
Ja: „Idź.” Prawie już na siebie krzyczeliśmy.
On: „Nie mogę tego zrobić.”
Ja: „Dlaczego?”
On: „Bo... bo... bo z powodu Chrystusa.”
I wtedy nagle zatrzymał się i
powiedział: „O mój... o mój... należę do Niego.”
Odpowiedziałem: „Właściwie
tak.”
To jest zastosowanie Pisma.
Kaznodzieja nie może powiedzieć. Ja nigdy nikomu nie powiedziałbym: „Jesteś
zbawiony” albo „Nie jesteś zbawiony”. Pokazywałbym mu, co Biblia mówi o
zbawieniu, aż sam by powiedział: „Jestem zbawiony. Bracie Paul, nawet gdybyś
powiedział mi, że nie jestem, ja wiedziałbym, że jestem.”
Paul Washer