Brett McIntosh: Costi, to pytanie zadawano mi już wielokrotnie. Zauważyłem, że ludzie często odwołują się do traumatycznych lub bolesnych doświadczeń z przeszłości, aby wyjaśnić, dlaczego zmagają się z określonymi grzechami. Jak chrześcijanie powinni rozumieć związek między cierpieniem doświadczonym w przeszłości a osobistą odpowiedzialnością za obecne postępowanie? W którym momencie wyjaśnianie własnego zachowania staje się usprawiedliwianiem grzechu?
Costi Hinn: To bardzo ważne pytanie. Co ciekawe, pojawia się właśnie teraz. Widać w tym Boże prowadzenie.
Niedawno spotkałem się z
pewnym drogim bratem w Chrystusie. To wspaniały mentor, mądry, starszy ode mnie
człowiek, który od wielu lat zajmuje się poradnictwem i duszpasterstwem.
Powiedział mi coś takiego: „Przyczyny pomagają nam zrozumieć człowieka,
ale nigdy nie powinny stawać się usprawiedliwieniem naszego grzechu”.
Pomyślałem sobie:
„Niesamowite!”. Natychmiast wyjąłem telefon i poprosiłem: „Powtórz to jeszcze
raz”. Zapisałem jego słowa i wysłałem je żonie z wiadomością: „Zachowaj to.
Jestem właśnie na spotkaniu i robię notatki”.
Moim zdaniem te słowa
doskonale podsumowują odpowiedź na postawione pytanie. Jak zatem powinniśmy
podchodzić do grzechu i cierpienia? Jak odróżniać przyczyny naszego zachowania
od prób jego usprawiedliwiania?
Przede wszystkim trzeba
nazywać rzeczy po imieniu. Trzeba mówić prawdę.
Musimy rozumieć, że trauma,
cierpienie czy doświadczenia życiowe człowieka mogą wyjaśniać przyczyny jego
obecnego postępowania.
Posłużę się kilkoma
przykładami.
Ktoś może zachowywać się
agresywnie, ponieważ w przeszłości sam doświadczał przemocy. Ktoś inny może być
pełen gniewu, ponieważ padł ofiarą wykorzystywania seksualnego.
Jeszcze ktoś inny może nie
umieć właściwie rozwiązywać konfliktów, ponieważ dorastał w głęboko
dysfunkcyjnej rodzinie i nigdy nie nauczono go, jak sobie z nimi radzić.
Są ludzie, którzy
nieustannie na wszystkich krzyczą. W małżeństwie bywa tak, że żona zamyka się w
sobie niczym małż, a mąż jest jak wulkan — wybucha gniewem. On reaguje
gwałtownie, ona ucieka od problemu i karze go milczeniem.
Wszystkie te reakcje i
sposoby zachowania mogą wynikać — i oczywiście często wynikają — z tego, co
ukształtowało człowieka w przeszłości.
Możemy to nazwać
wychowaniem, wyuczonymi zachowaniami, utrwalonymi wzorcami czy jakkolwiek
inaczej. Faktem pozostaje, że nasze doświadczenia niekiedy kształtują sposób, w
jaki reagujemy i postępujemy. Mogą to być zarówno doświadczenia negatywne, jak
i pozytywne.
Ale właśnie tutaj dochodzimy
do granicy, której jako chrześcijanie nie możemy przekroczyć.
Żadne z tych doświadczeń nie
usprawiedliwia grzechu.
Musimy więc zachować
ostrożność.
Wracając do pytania: jak
powinniśmy rozumieć związek między cierpieniem a osobistą odpowiedzialnością?
Kiedy wyjaśnianie własnego zachowania zaczyna przeradzać się w
usprawiedliwianie grzechu?
Dzieje się tak wtedy, gdy
nie potrafimy przyjąć napomnienia, skarcenia czy rozmowy, w której ktoś zwraca
nam uwagę na nasz grzech, bez wdawania się w długie wyjaśnienia. Jeśli chodzi o
mężczyznę, może on zacząć wszystko szczegółowo i protekcjonalnie tłumaczyć:
dlaczego jest taki, jaki jest, czego doświadczył, przez co przeszedł i dlaczego
inni go nie rozumieją.
Ciągle słyszymy: „Nie
rozumiesz mnie! Nie wiesz, przez co przeszedłem! Właśnie dlatego taki jestem!”.
Tymczasem trzeba po prostu uznać
swój grzech i pokutować.
Podobnie jest w przypadku
kobiet.
Niedawno w naszym kościele
prowadziliśmy serię kazań poświęconych małżeństwu. Głosiłem zarówno do
mężczyzn, jak i do kobiet, zwracając się do obu stron z taką samą stanowczością
i mówiąc prawdę jednym i drugim.
Kazanie skierowane do kobiet
spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem w naszym zborze. Kobiety w naszym
kościele myślą w sposób głęboko zakorzeniony w Biblii i kochają Słowo Boże.
Jednak kiedy ktoś udostępnił
fragment kazania w internecie, pojawiły się zupełnie inne reakcje. Ktoś się
oburzył, ktoś inny zaczął protestować i nagle wybuchła swego rodzaju
feministyczna rebelia.
Cała reakcja sprowadzała się
do stwierdzeń w rodzaju:„No tak, czego innego można się spodziewać? Typowy
biały mężczyzna. Typowy patriarchalny kaznodzieja. Znowu to samo!”.
Padały też oskarżenia: „On
całkowicie lekceważy przypadki przemocy, do których dochodzi w kościołach!”. „Nigdy
nie chciałabym należeć do jego kościoła!”. „Za nic nie chciałabym podlegać
takiemu pastorowi!”. „To idealna przykrywka dla sprawców przemocy!”.
A ja zastanawiałem się:
„Skąd wy w ogóle wyciągnęliście takie wnioski? Przecież niczego podobnego nie
ma ani w tekście, ani w moich kazaniach!”.
Ludzie dochodzą do takich
wniosków, ponieważ nazywam kłótliwość grzechem, bez łagodzenia tego
stwierdzenia dodatkowymi zastrzeżeniami.
Mówię, że kobieta, która
postępuje w ten sposób, sprzeciwia się woli Bożej. Mówię, że kobieta
zachowująca się w taki sposób bardziej przypomina Jezabel niż Jezusa.
I niektórzy uznają, że przez
to zaprzeczam istnieniu pewnych okoliczności albo je ignoruję. Na przykład
tego, że kobieta jest kłótliwa, ponieważ jej mąż również tak się zachowuje.
A więc, zgodnie z takim
rozumowaniem, zachowanie męża miałoby usprawiedliwiać jej grzech.
Albo ktoś mówi, że kobieta
jest pełna gniewu lub znęcała się nad swoimi dziećmi z powodu tego, czego sama
doświadczyła. Albo przywołuje się przypadek Lindsay Clancy, która zamordowała
swoje dzieci. Ktoś zrobił coś złego, ponieważ ktoś inny wcześniej wyrządził mu
krzywdę.
I w ten sposób ludzie
zaczynają budować swoją tożsamość wokół bycia ofiarą, zamiast uznać, że są
grzesznikami potrzebującymi pokuty.
Gdzie więc jako
chrześcijanie popełniamy błąd?
Wtedy, gdy otaczamy się
czymś, co można nazwać ochronnym polem niewinności.
A właściwie mam lepsze
określenie: ochronnym polem bycia ofiarą.
Tworzymy wokół siebie
barierę.
„Jestem ofiarą. Wzniosłem
wokół siebie wysokie mury zbudowane ze wszystkich moich usprawiedliwień. Teraz
nikt nie może zwrócić mi uwagi ani skonfrontować mnie z moim grzechem”.
Dlatego przestań
wykorzystywać przyczyny swojego zachowania do usprawiedliwiania grzechu.
Chciałbym dodać jeszcze
kilka myśli.
Twoje cierpienie jest
rzeczywiste. Ale równie rzeczywista jest twoja odpowiedzialność.
Nikt nie zaprzecza twojemu
cierpieniu ani mojemu. Ja również przeszedłem przez trudne doświadczenia. Ty
także.
Wszyscy doświadczyliśmy
rzeczy, które sprawiały, że życie wydawało się piekłem na ziemi.
Ale nawet takie
doświadczenia nigdy nie usprawiedliwiają naszego postępowania, jeśli jest ono
grzeszne.
Przemoc, złe traktowanie,
zdrada, wyczerpanie, cudzołóstwo — wszystkie te rzeczy mogą wpływać na nasz
sposób myślenia i reagowania.
Pismo Święte nie umniejsza
znaczenia takich doświadczeń.
Jednak Pismo Święte nie
pozwala nam również wykorzystywać ich jako usprawiedliwienia grzechu.
Jak zatem możemy okazywać
ludziom zrozumienie i podchodzić do nich rozsądnie?
Myślę, że przede wszystkim
musimy pamiętać, iż człowiek, który wyjaśnia przyczyny swojego grzesznego
postępowania, niekoniecznie próbuje je usprawiedliwiać. Bądźmy więc
sprawiedliwi.
Wyobraźmy sobie, że ktoś
mówi: „Tak, naprawdę bardzo się z tym zmagam. Wychowałem się w strasznie
dysfunkcyjnej rodzinie. Doświadczałem przemocy”.
Albo kobieta mówi: „Mąż mnie
zostawił. Mój ojciec pięciokrotnie dopuścił się cudzołóstwa, porzucił rodzinę i
bił moją matkę. Dlatego naprawdę trudno mi…”.
I nagle przerywamy jej: „Hej,
hej, posłuchaj! Nie powinnaś wykorzystywać tych doświadczeń jako
usprawiedliwienia. Jesteś grzesznikiem!”.
To byłoby okropne! Nie wolno
w taki sposób prowadzić rozmowy duszpasterskiej. Przecież ta osoba wcale nie
próbuje usprawiedliwiać swojego grzechu. Jej doświadczenia pomagają nam
natomiast lepiej ją zrozumieć.
Brett McIntosh:
Tak, właśnie. Pomagają nam nawiązać z nią kontakt, okazać współczucie, a
następnie przejść do prawdy.
Costi Hinn: Dokładnie.
Możemy wtedy wyjaśnić: „Posłuchaj, Pismo Święte mówi o twoim grzechu w taki
sposób…”.
W poradnictwie
duszpasterskim zawsze staramy się najpierw uznać rzeczywistość doświadczeń
drugiego człowieka, zrozumieć je i potwierdzić, że jego cierpienie jest
prawdziwe.
Możemy powiedzieć: „Bardzo
mi przykro, że musiałeś przez to przejść”. „Rozumiem, dlaczego było to dla
ciebie tak trudne”. „To, co mi opowiadasz, naprawdę pomaga mi zrozumieć twoją
sytuację i wszystko, czego doświadczyłeś”.
Kiedy słyszę takie słowa,
czuję, że ktoś mnie dostrzega i naprawdę słucha. Że jestem traktowany jak
człowiek, który być może stał się ofiarą bardzo złych decyzji innych ludzi.
Jednocześnie jako
duszpasterze możemy powiedzieć: „Wiesz, wcale nie odnoszę wrażenia, że
próbujesz usprawiedliwiać swój grzech. Ale to, co opowiedziałeś, naprawdę
pomaga mi lepiej zrozumieć twoją sytuację”.
I nagle okazuje się, że taka
osoba sama zaczyna mówić: „Tak, ale wiesz, muszę też bardziej uważać na swoje
reakcje. Powinnam okazywać mężowi więcej szacunku. Muszę też…”.
Zaczyna mówić naprawdę
szczerze, ponieważ wreszcie czuje się zrozumiana. Chrystus daje nam nowy sposób
reagowania.
Niedawno głosiłem na ten
temat w naszym kościele. Jak już wspomniałem, prowadziliśmy serię kazań o
małżeństwie, a podczas ostatniego kazania zajmowaliśmy się rozwiązywaniem
konfliktów.
Kiedy zastanawiałem się nad
pytaniem, które dzisiaj otrzymaliśmy, pomyślałem o Liście do Efezjan 4:31: „Wszelka
gorycz i zapalczywość, gniew, krzyk i złorzeczenie niech będą usunięte spośród
was wraz z wszelką złością”.
Paweł mówi, że mamy się tego
wszystkiego pozbyć.
A to oznacza, że niezależnie
od tego, przez co przeszliśmy, nadal jesteśmy wezwani do odrzucenia wszystkich
tych grzechów, które nie przynoszą Bogu chwały i których nigdy nie wolno nam
usprawiedliwiać.
Następnie Paweł mówi, co
powinniśmy przyoblec: „Bądźcie dla siebie nawzajem życzliwi, miłosierni,
przebaczając sobie, jak i Bóg wam przebaczył w Chrystusie”.
Musimy więc rozpoznawać
przyczyny naszego zachowania, ale nie czynić z nich usprawiedliwienia.
Musimy wziąć
odpowiedzialność za własne reakcje.
Musimy szukać pomocy bez
poczucia wstydu.
Przestańmy żyć w
zawstydzeniu i zaprzeczać własnemu grzechowi. Po prostu go uznajmy.
A następnie powinniśmy
jednocześnie dążyć do uzdrowienia i świętości. Na tym polega odrzucanie starego
sposobu życia i przyoblekaniu nowego. Odrzucamy i przyoblekamy. Odrzucamy i
przyoblekamy. Odrzucamy i przyoblekamy.
Przyoblekamy nowego
człowieka. Przyoblekamy świętość. Dążymy do uzdrowienia przez prawdę.
Możesz przyznać, że ktoś
zgrzeszył przeciwko tobie, że doświadczyłeś bolesnych rzeczy, a jednocześnie
podejmować odpowiednie kroki, by zapewnić sobie ochronę i dochodzić
sprawiedliwości.
Jeśli doświadczasz przemocy,
możesz wezwać policję.
Możesz podjąć wiele różnych
działań. Możesz zwrócić się o pomoc do kościoła. Możesz skorzystać z
poradnictwa.
A jednocześnie nadal
ponosisz odpowiedzialność za swoje postępowanie.
Przychodzą mi na myśl słynne
słowa Johna Owena. Jeśli nigdy ich nie słyszałeś, myślę, że bardzo ci się
spodobają:
„Uśmiercaj grzech, bo
inaczej grzech uśmierci ciebie”.
Nie usprawiedliwiaj swojego grzechu doświadczeniami z przeszłości.